

Opis
Swiat Samanthy rozpada sie od dwoch slow: "Jestes w ciazy." Luksusowa call girl z ostatnim zleceniem dzielacym ja od wolnosci. Jej cel: zamozny europejski biznesmen, czlowiek, ktorego przeszlosc skrywa tajemnice warte wykorzystania. Jej zastepstwo: zdesperowana kobieta, ktora wkracza w zycie Samanthy w idealnym momencie. Samantha wie, ze kazdy mezczyzna ma swoja slabosc. Znajdz ja. Wykorzystaj. Odejdz bogata. Ale slabosc Maxima siega glebiej niz pieniadze czy wladza. Jest pogrzebana w zalobie, owinieta we wspomnienia o kobiecie, ktora zmarla ratujac jego zycie. A kiedy Samantha odkrywa prawde o jego utraconej milosci, zdaje sobie sprawe, ze znalazla idealna bron.
Rozdział 1
Jun 13, 2025
Obcasy Samanthy stukały o marmur niczym wystrzały odbijające się echem w katedrze. Luksusowy hotelowy hol lśnił wokół niej, a ona wyglądała, jakby była jego właścicielką – co w zasadzie niemal była prawdą.
Wszystkie głowy odwracały się, gdy przechodziła, ale ona nie zwracała na nikogo uwagi.
Dlaczego miałaby? Ci ludzie płacili słono tylko za to, by oddychać tym samym powietrzem co ona.
Jej dopasowany czarny płaszcz podkreślał jej krągłości we wszystkich właściwych miejscach, a skórzana teczka w jej zadbanych dłoniach równie dobrze mogłaby być berłem.
To było jej królestwo, a ona była jego niepodważalną królową.
Podróż windą na penthouse była jak wznoszenie się na Olimp. Gdy drzwi się otworzyły, była gotowa na uwielbienie.
Zapukała raz – ostro, władczo. Drzwi otworzyły się, ukazując mężczyznę w średnim wieku w drogim garniturze, który spojrzawszy na nią, natychmiast padł na kolana, jakby była boginią.
"Samantha," wydyszał, a w tym jednym słowie słychać było desperację.
"Witaj, Richard." Jej głos był jak jedwab owinięty wokół stali. "Możesz patrzeć, ale nie dotykać. Jeszcze nie, prosiaczku."
Zadrżał, gdy minęła go, wchodząc do apartamentu. Okna od podłogi do sufitu ukazywały miasto rozciągające się w dole niczym podbite terytorium.
Pozwoliła płaszczowi zsunąć się z ramion z wyćwiczoną precyzją, odsłaniając to, co nazywała swoim "kostiumem Ewy" – jej nagie ciało było dziełem tak doskonale wyrzeźbionym, by niszczyć męską determinację, że powinno nosić etykietę ostrzegawczą.
Gwałtowny wdech Richarda powiedział jej wszystko, co potrzebowała wiedzieć. Biedny drań już przepadł, a nawet nie zaczęli jeszcze negocjacji.
"Jesteś... jesteś idealna," wyszeptał, wciąż na kolanach.
Samantha uśmiechnęła się – takim uśmiechem, który mógłby wysłać tysiąc okrętów na morze albo równie łatwo je zatopić. "Wiem."
***
Trzy godziny później wsunęła się do prywatnej sali restauracji Aurelius, takiego miejsca, gdzie nie umieszczają cen w menu, bo jeśli musisz pytać, nie stać cię na to.
Robert już tam był, delektując się whisky, która prawdopodobnie kosztowała więcej niż czynsz większości ludzi.
"No proszę," powiedział, nie odrywając wzroku od drinka. "Królowa zaszczyca nas swoją obecnością."
Robert miał ten szorstki urok, który przychodzi z dekadami w biznesie – twarz kogoś, kto widział wszystko podwójnie i przeżył, by na tym zarobić.
"Daruj sobie ten urok, Robert. Na mnie to nie działa." Opadła na skórzane krzesło naprzeciwko niego, jakby zasiadała na tronie.
Zaśmiał się, przesuwając teczkę przez stół z nonszalancją kogoś, kto wykonywał ten taniec tysiąc razy.
"Świetna robota, Samantha. Richard praktycznie pisał o tobie poezję, zanim podpisał te papiery."
Otworzyła teczkę. Równo ułożone setki, schludne jak mokry sen bankiera. Ten widok powinien ją ekscytować, ale dziś wydawał się... mechaniczny. Kliniczny.
Kolejna transakcja w życiu zbudowanym na transakcjach.
"Czterdzieści tysięcy, jak się umówiliśmy," powiedział Robert, zapalając papierosa mimo znaków zakazu palenia rozwieszonych wszędzie. "Ale mam dla ciebie coś większego."
"Jak dużo większego?" Liczyła banknoty z wyćwiczoną skutecznością. Stare nawyki.
"Maxim Levin. Europejski biznesmen, nieprawdopodobnie bogaty i na tyle głupi, że myśli fiutem zamiast mózgiem."
Robert odchylił się, a dym otaczał jego twarz, jakby był jakimś gangsterskim prorokiem.
"Przylatuje w przyszłym tygodniu. Masz go uwieść, sprawić, by się zakochał po uszy, a potem przekonać go do kupna tej fabryki po wschodniej stronie."
Samantha uniosła brew. "Tej, która traci pieniądze szybciej niż rana postrzałowa?"
"Właśnie tej. On myśli, że to legalna okazja inwestycyjna. Twoim zadaniem jest upewnić się, że nadal będzie tak myślał." Uśmiech Roberta był pełen zębów, ale pozbawiony ciepła. "To może cię ustawić do końca życia, Samantha. Mówimy o poważnych pieniądzach. Doprowadź sprawę do końca."
Kiwnęła głową, ale coś tej nocy było inne. Nie tak. Jakby wszechświat szykował jakiś kosmiczny żart, a ona była jego pointą.
Wyszła ze spotkania z Robertem czując się, jakby jej skóra nie do końca do niej pasowała. Grała w tę grę setki razy wcześniej – ale dziś stawka wydawała się większa.
Następnego ranka, gabinet ginekologa pachniał środkiem antyseptycznym i rozbitymi marzeniami. Dr Martinez była lekarką Samanthy od pięciu lat i nigdy nie przekazała wiadomości, która wstrząsnęłaby jej światem tak jak ta.
"Wszystko świetnie!" Jej głos niósł wyćwiczony entuzjazm osoby przekazującej rutynowe dobre wieści. "Coroczna profilaktyka, idealne przestrzeganie zaleceń. Samantho, wszystko wygląda doskonale! Jestem nawet zaskoczona."
Wygładziła spódnicę, już sięgając po torebkę. "Dlaczego zaskoczona? Nigdy nie miałam problemów zdrowotnych."
Długopis lekarki zamarł w połowie podpisu. Jej oczy przemieszczały się między wydrukiem a twarzą Samanthy, a zmarszczka zakłopotania przecięła jej czoło.
"Ale biorąc pod uwagę pani sytuację..." Urwała, przyglądając się jej z nową intensywnością. "W wieku czterdziestu dwóch lat to znaczne obciążenie dla organizmu."
"Jaką sytuację?" Słowa zabrzmiały ostrzej niż zamierzała. "O czym pani mówi?"
Głowa dr Martinez uniosła się gwałtownie, jej wyraz twarzy zmienił się z profesjonalnej pewności w oszołomione zaniepokojenie. Powolny, niemal przepraszający uśmiech rozlał się po jej twarzy.
"Pani nie wie." Odłożyła papiery z rozmyślną ostrożnością. "Samantho, jest pani w ciąży."
Pokój się przechylił. Jej ręka wystrzeliła, chwytając krawędź stołu do badań, gdy świat przeorganizowywał się wokół tych niemożliwych słów.
"Ale nie mogę być... to znaczy, jak?" Ręce Samanthy drżały, gdy ściskała stół. "Dwadzieścia lat temu miałam aborcję. Lekarz powiedział, że nigdy nie będę miała dzieci. Powiedział, że blizny—"
"Mylił się."
Coś kruchego i niebezpiecznego przemknęło przez jej twarz—nadzieja, terror, zdumienie—zanim przycisnęła drżącą dłoń do brzucha z nabożną czcią.
"Czasami ciało zdrowieje w sposób, którego nie przewidujemy," powiedziała łagodnie dr Martinez. "Ale Samantho, biorąc pod uwagę pani zawód, jeśli chce pani zdrowego dziecka, potrzebuje pani całkowitego odpoczynku. Żadnego wysiłku jakiegokolwiek rodzaju, włącznie z aktywnością seksualną."
"Co pani ma na myśli?" Pytanie zabrzmiało bez tchu, zdezorientowane.
"Dosłownie. Żadnego seksu przez całą ciążę. Musi pani zgłosić to ograniczenie."
Jej ręka opadła z brzucha. "Zgłosić komu?"
"Mężowi, partnerowi..." Głos dr Martinez niósł ciężar absolutnego medycznego nakazu. "Powtarzam—to kluczowe zarówno dla pani przeżycia, jak i dziecka."
Cisza, która nastąpiła, była ogłuszająca. Samantha wpatrywała się w nią, jej umysł pędził przez kalkulacje, które nie miały nic wspólnego z miłością czy radością, wszystko z przetrwaniem w świecie, który właśnie zachwiał się pod jej stopami.
To, czego nie powiedziała, wisiało w powietrzu jak ostrze gilotyny: Mam klientów. Mam rachunki. Mam życie zbudowane na tym, czego właśnie mi pani zabrania.
Samantha wpatrywała się w obraz USG w swoich drżących dłoniach. Maleńka plamka, która właśnie zniszczyła całe jej istnienie swoją mikroskopijną obecnością.
Jej władza, dochód, wolność—wszystko, co czyniło ją tym, kim była—zależało od jednego aktu. A teraz ten akt mógł zabić życie rosnące w jej wnętrzu.
Wytoczyła się z kliniki w ostre popołudniowe światło, słowa Roberta echem odbijały się w jej głowie jak zacięta płyta: "Zamknij umowę. Zamknij umowę. Zamknij umowę."
Jej dłonie instynktownie odnalazły brzuch. Pusty, ale nie pusty. Ironia była tak ostra, że mogłaby ciąć szkło.
Wsunęła się za kierownicę swojego BMW, pamięć mięśniowa przejęła kontrolę, podczas gdy jej mózg miał zwarcie. Silnik zamruczał do życia, ale ledwo go słyszała przez szum w uszach.
Maxim Levin. Czterdzieści milionów dolarów. Ciąża, która zmieniła wszystko.
Światło przed nią było czerwone, ale jej stopa i tak nacisnęła pedał gazu. Przelatywała przez skrzyżowanie, gdy ją zobaczyła—młodą dziewczynę, może osiemnastoletnią, wchodzącą prosto na jej drogę.
Samantha ledwo zdążyła zarejestrować to, co widzi, zanim nastąpiło uderzenie.
Krzyk rozdarł powietrze—może jej, może dziewczyny. Dźwięk zderzenia metalu z ciałem był jak nic, co kiedykolwiek słyszała. Ciężkie, mdlące uderzenie. Jej przednia szyba pękła natychmiast, sieć pęknięć rozchodząca się na zewnątrz, poplamiona czymś, czego nie chciała nazwać.
Za późno wcisnęła hamulec. Samochód wpadł w poślizg, świat szarpnął się na bok.
Nastąpiła cisza. Gęsta. Pusta.
Jej ręce zacisnęły się na kierownicy, zamrożone. Oddech wydobywał się w urywanych sapnięciach, gdy wpatrywała się przez rozbite szkło.
Ktoś leżał na chodniku. Nieruchomo.
Umysł Samanthy wirował. Czy ja właśnie kogoś potrąciłam? Czy ja właśnie... zabiłam kogoś?

The Gild & The Fall
30 Rozdziały
30
Treść

Zapisz

My Passion
Copyright © 2026 Passion
XOLY LIMITED, 400 S. 4th Street, Suite 500, Las Vegas, NV 89101