

Opis
Nigdy nie prosilam o smoka. Ani o znak, ktory zwiazal mnie z elitarna Akademia, ktora mnie nie chciala. Zwlaszcza nie z nim. Bastian Roen-zloty syn Imperium. Zimny. Niedostepny. Wsciekly, ze ktos taki jak ja, zbieraczka ziol znikad, zostal wybrany przez magie przeznaczona dla krolewskich. ,,Mieso na zapas" - tak mnie nazwal. ,,Nie zasluzylas na nia" - powiedzial o mojej smoczycy. Wiec trenowalam ciezej. Przebrnelam przez kazdy siniak i kazda obelge. A kiedy wrzucono nas razem do Labiryntu Kosci, spodziewalam sie nienawisci. Moze smierci. Nie spodziewalam sie zakochac w burzy ukrytej w jego oczach. Ani tego, jak jego glos zalamal sie, gdy prawie umarlam. ,,Nie prosilem, by cie pragnac" - wyszeptal. Potem pocalowal mnie tak, jakby oddech sprawial bol. Teraz nawet na mnie nie patrzy. Ale ja jeszcze nie skonczylam. Z nim. Z tym miejscem. Z tym, by stac sie kims wiecej, niz kiedykolwiek wierzyli, ze moge byc. Nawet jesli milosc, jak ogien, parzy.
Rozdział 1
Feb 13, 2026
Serathiańskie klify przez wieki próbowały zabijać ludzi, a dziś były szczególnie ambitne wobec Miry Solvain.
Wychowała się, słuchając opowieści w tawernach Saltmere—jak starożytni Serathianie zrzucali przestępców z tych samych skał, wierząc, że morskie wiatry poniosą ich dusze na sąd. Jak niegdyś łowcy smoków gnieździli się tutaj, kiedy smoki były jeszcze liczne i na tyle głupie, by budować gniazda na dostępnych szczytach urwisk. Jak jej własna babka straciła trzy palce od odmrożenia, zbierając tu zimowity sześćdziesiąt lat temu.
— Głupie, cholernie klify — mruknęła Mira, torba obijająca się o biodro, gdy wspinała się na kolejny występ skalny, coraz ciężej dysząc.
Uzdrowiciel z nadmorskiego posterunku, Stary Henrik, był konkretny: ognista liść i księżycowy mech, i nie wracaj bez nich. Łatwo mu mówić — to nie on z masywnymi udami i plecakiem pełnym szklanych słoików próbował wdrapać się na górę, która wyraźnie jej nienawidziła. Każdy krok w górę sprawiał, że łydki paliły ją z bólu, a klatka piersiowa płonęła, ale parła naprzód z zaciśniętą szczęką. Jeszcze tylko trochę, powtarzała sobie, nawet gdy skały pod jej butami przesuwały się, jakby czekały na widowisko.
Wiatr przecinał jej wełniany płaszcz jak z urazą. Poniżej, Morze Lazurowe kotłowało się szarością i wściekłością, fale rozbijały się o skały, które przez tysiąclecia wyostrzyła przemoc. Nad głową zbierały się chmury burzowe z ponurą intencją.
W Saltmere mówiono, że klify pamiętają każdą śmierć. Że w ciemne noce, gdy nie ma księżyca, można usłyszeć krzyki.
Mira zawsze sądziła, że to bzdura. Do teraz.
Dźwięk, który rozdarł powietrze, nie był ludzki — coś surowego, rozpaczliwego i całkowicie obcego. Pisk, od którego bolały ją kości i zaciskały się zęby.
— Co do diabła? — Zastygła, zapominając o zbieraniu ziół.
Krzyk rozległ się ponownie, teraz bliżej, i coś w jej piersi się skręciło. Cokolwiek wydawało ten dźwięk, było w poważnych tarapatach.
Jej stopy ruszyły, zanim mózg nadążył, wspinając się po luźnym łupku i obchodząc wystający głaz. Solvainowie nigdy nie byli szczególnie rozgarnięci — jej ojciec zginął, próbując łowić ryby podczas sztormu, matka zaharowała się na śmierć w solnych kopalniach. Najwyraźniej instynkt samozachowawczy nie był rodziną cechą.
Wspięła się na grań i znieruchomiała.
W zagłębieniu między dwoma głazami coś srebrnego wiło się w agonii. Smoczątko — nie większe od wilczura, ale niewątpliwie smocze. Kolczasta lina owinięta wokół żeber wyglądała jak chore naśladownictwo wstążki do prezentów, a krew, jaskrawoczerwona i stanowczo za obfita, sączyła się z poszarpanego skrzydła.
— O cholera — wyszeptała Mira.
Głowa stworzenia gwałtownie odwróciła się w jej stronę, złote oczy płonęły bólem i wściekłością. Próbowało syknąć, ale dźwięk był słaby i złamany.
Mira widziała już wiele krwi przez swoje dziewiętnaście lat — Saltmere nie oszczędzało dzieci, a w klinice Henrika trafiało się wszystko, od wypadków przy łowieniu po tawerniane bójki. Ale to było inne. Celowe. Okrutne.
— Kłusownicy — warknęła. Dawniej polowanie na smoki było honorowe. Niebezpieczne, ale honorowe. Dziś to już tylko rzeź. Wylęgi kradziono dla łusek, krwi, serc. Akademia Caerborn twierdziła, że walczy z tym procederem, ale ewidentnie ich wpływy nie sięgały każdej zapomnianej przez bogów skały w królestwie.
Smoczątko patrzyło, jak się zbliżała — zbyt słabe, by uciec, zbyt dumne, by się poddać. Oddychało płytko, z trudem.
— Dobra — powiedziała Mira, wyciągając nóż z pasa. — Dobra, robimy to.
Klęknęła przy stworzeniu, a ono drgnęło. Mądrze — ludzie oznaczali ból. Zawsze oznaczali ból, prawdopodobnie.
— Nie jestem nimi — powiedziała cicho. — Nie chcę cię skrzywdzić.
Smocze oczy śledziły jej ruchy, gdy sięgała po linę. Kolce były bezlitosne, zaprojektowane, by zaciskać się przy każdej próbie ucieczki. Jakiś chory drań uznał to za rozrywkę.
— To będzie bolało — uprzedziła, po czym zaczęła piłować pierwszy splot.
Lina była gruba, przeznaczona na dużą zwierzynę. Smoczątko skomlało — naprawdę skomlało — gdy pracowała, a coś w piersi Miry pękło.
„No dalej,” wymamrotała. „Zostań ze mną.”
Lina pękła nagle, świszcząc ostrym ruchem po jej dłoni. Ból rozbłysł wzdłuż ramienia, a krew—jej krew—rozlała się po srebrnych łuskach smoka.
Czas stanął w miejscu.
Powietrze między nimi pulsowało czymś elektrycznym, czymś pradawnym i ogromnym, całkowicie wykraczającym poza jej pojmowanie. Oczy smoczątka zatrzasnęły się na jej oczach i dostrzegła w nich coś, co odebrało jej dech.
Rozpoznanie. Wybór. Pojęcie przynależności.
— O cholera — wyszeptała.
Smok otworzył paszczę i zaryczał—nie głośno, ale głęboko, z echem rozchodzącym się w jej kościach niczym grzmot. Ogień buchnął z jego gardła, kontrolowany i celowy, owinął się wokół jej nadgarstka niczym płynne złoto.
Mira krzyknęła. Ogień nie parzył, ale zostawił znak, wycinając w jej skórze misterną spiralę, która pulsowała mocą, o jakiej nigdy nie śniła.
— Co ty zrobiłeś? — wydyszała, wpatrując się w świecący znak. — Co, do diabła, zrobiłeś?
Smoczątko opadło z sił, wyczerpane wysiłkiem, ale jego oczy wciąż były utkwione w jej. Usatysfakcjonowane. Jakby czekało właśnie na nią.
Świat przechylił się na bok. Wizja się rozmyła, a ciemność zaczęła wpełzać od krawędzi.
Ostatnią rzeczą, jaką zobaczyła, były te złote, płynne oczy, obserwujące jej upadek.
Świadomość wróciła jak policzek wymierzony w twarz. Mira ocknęła się z ustami pełnymi kurzu i głową pulsującą bólem jak młot kowalski. Nad nią rozciągało się szare niebo, a na języku czuła smak popiołu.
Zamrugała, próbując złapać ostrość, i zobaczyła, że patrzy w górę na nieznajomego.
Miał na sobie czarną skórę, która krzyczała autorytetem—taki rodzaj czerni, który kosztował więcej, niż większość rodzin z Saltmere widywała przez rok. Herb wyszyty nad jego sercem sprawił, że krew Miry zamarzła w żyłach.
Akademia Caerborn. Jeźdźcy smoków. Nietykalna elita.
— No to mam przejebane — wychrypiała, zrywając się zbyt gwałtownie i natychmiast tego żałując.
— Zostałaś naznaczona — powiedział mężczyzna, jego głos był płaski i profesjonalny. Jakby omawiał pogodę.
Do widoku wkroczyła druga postać—kobieta o srebrnych włosach i oczach jak zimowe burze. Jej czarny mundur był identyczny.
— To niemożliwe — powiedziała Mira, ściskając nadgarstek. Spirala tętniła lekko, ciepła na jej skórze. — Jestem nikim. Jestem z Saltmere, na litość boską.
— Geografia nie ma znaczenia — powiedziała lodowato kobieta. — Smok cię wybrał.
— Pomagałam mu — zaprotestowała Mira, podnosząc się na nogi. — Umierał. Nie mogłam po prostu—
— Nawiązałaś więź — przerwał mężczyzna. — Częściową, ale wiążącą. To czyni cię kandydatką.
— Nie nadaję się na jeźdźca — warknęła. — Spójrzcie na mnie. Zbieram zioła na życie. Nigdy nawet nie widziałam dorosłego smoka.
— Teraz już widziałaś — powiedziała kobieta, kiwając głową w kierunku czegoś za Mirą.
Odwróciła się i prawie się zakrztusiła. Smoczątko—już nie malutkie, już nie umierające—czatowało na pobliskim głazie. Urosło, w jakiś sposób, karmione ich wspólną krwią i ogniem więzi. Jego srebrne łuski lśniły jak wypolerowany metal, a złote oczy emanowały pradawną inteligencją.
— To niemożliwe — wyszeptała Mira.
— Wiele rzeczy jest możliwych dzięki smoczej magii — powiedział mężczyzna. — Nauczysz się.
— Nigdzie z wami nie pójdę.
Kobieta uśmiechnęła się, a jej uśmiech był zimniejszy niż wiatr na klifach. — Nie masz wyboru. Znak wiąże cię z Akademią. Prawo pradawnych.
Za nimi z burzowych chmur wyłonił się latający pojazd—smukły czarny metal, który wibrował zamkniętą mocą. Magia promieniowała z jego kadłuba jak żar z kuźni.
— To szaleństwo — powiedziała Mira, cofając się. — Mam życie. Obowiązki.
— Miałaś — poprawił ją mężczyzna. — Czas przeszły.
Drzwi pojazdu otworzyły się z cichym sykiem, ukazując wnętrze pełne cieni i stali. Jej nowa rzeczywistość, czekająca by ją pochłonąć.
Smok na głazie zapiszczał cicho, a mimo wszystko Mira poczuła odpowiedź pulsującą w naznaczonym nadgarstku. Więź była prawdziwa. Niezaprzeczalna.
Spojrzała za siebie, na klify, na kamienie splamione krwią, gdzie skończyło się jej dawne życie. Na rozległe szare morze, które przez dziewiętnaście lat było jej horyzontem.
— Uratowałam cię — powiedziała do smoka. — Tak mi się odwdzięczasz?
Jego złote oczy nie zdradzały przeprosin. Tylko nieuchronność.

The Girl Who Rode Fire
30 Rozdziały
30
Treść

Zapisz

My Passion
Copyright © 2026 Passion
XOLY LIMITED, 400 S. 4th Street, Suite 500, Las Vegas, NV 89101