

Opis
Kiedy Luna Lyanna odkrywa, ze nosi trojaczki, jej radosc zamienia sie w przerazenie. Starozytna tradycja stada Grimhowl wymaga, by dziedzice Alfy walczyli na smierc i zycie, az zostanie tylko jeden. Jej partner, bezwzgledny Alfa Rheakar, widzi w trzech synach ostateczna probe sily - ale Lyanna widzi tylko dwa groby. Zdesperowana, by ocalic nienarodzone dzieci, zwraca sie do jedynej osoby, ktora moze jej pomoc: Korina, lojalnego Bety Rheakara, ktory z daleka darzyl ja uczuciem. W akcie niebezpiecznej zdrady Korin pomaga Lyannie sfingowac wlasna smierc i uciec w noc. Przez szesc lat Lyanna wychowuje trojaczki w spokojnym stadzie Moonridge, znajdujac schronienie u Alfy Luciena i budujac nowe zycie z dala od krwawych tradycji Grimhowl. Jednak spokoj zostaje zburzony, gdy Rheakar odkrywa, ze zyje. By ochronic Moonridge przed wojna, Lyanna zawiera desperacki uklad - wroci do Rheakara, jesli oszczedzi jej synow i ich nowe stado.
Rozdział 1
Dec 4, 2025
[Perspektywa Lyanny]
Trzy wilcze szczenięta krążyły wokół siebie pod rytualnym księżycem, ich identyczne srebrne oczy lśniły niewinnością, która nie przetrwa tego, co nadejdzie.
Ten sam sen, który zawsze kończy się tak samo…
Ich figlarne podgryzania przemieniły się w coś ciemniejszego, bardziej celowego. Krąg się zacieśnił. Małe ciała uczyły się tańca dominacji, który zdefiniuje ich los.
Dwa osunęły się bez ruchu na szkarłatnej ziemi. Jedno pozostało stojąc, samotne, a wycie, które wyrwało się z jego gardła, nie różniło się od mojego głosu—żałoba i zwycięstwo splecione w jeden nieznośny dźwięk.
Obudziłam się, łapiąc oddech w ogromnym łóżku, moja jedwabna koszula nocna przyklejona do spoconej skóry.
Miejsce obok mnie wciąż pozostawało zimne—Rheakar od miesięcy nie dzielił ze mną komnat, woląc towarzystwo swoich wojowników lub samotność w gabinecie, gdzie sprawy watahy pochłaniały go aż do świtu.
Drżąca dłoń odnalazła mój spuchnięty brzuch, szukając pocieszenia w ruchach pod moją dłonią. Ale znów to czułam—burzę aktywności, która wydawała się niewłaściwa.
„Proszę,” wyszeptałam do Bogini Księżyca, choć moje modlitwy pozostawały bez odpowiedzi od tygodni. „Niech się mylę. Niech te sny będą tylko wytworem niespokojnego umysłu.”
Poranne słońce malowało leczniczą jamę w zwodniczo ciepłych odcieniach, gdy przybyłam tam pod pretekstem rutynowego badania.
Zapach rozgniecionych ziół i wosku pszczelego powinien był mnie uspokoić, ale mój puls nie chciał się wyciszyć.
Uzdrowiciel Marcus przyglądał mi się z uwagą kogoś, kto służył w Watasze Grimhowl od czterech dekad, jego spracowane dłonie lśniły miękką, błękitną magią diagnostyczną, gdy unosiły się nad moim brzuchem.
Obserwowałam, jak jego wyraz twarzy zmienia się z rutynowej koncentracji w coś, co sprawiło, że krew zastygła mi w żyłach—rozpoznanie, zaskoczenie, a pod tym wszystkim coś, co mogło być strachem.
„Luno,” zaczął, i już po ciężarze w jego głosie wiedziałam, że moje koszmary były proroctwem, nie paranoją. „To… niezwykłe. Muszę dokładniej zbadać, by mieć pewność.”
Magia rozbłysła jaśniej, czułam, jak szuka, liczy, potwierdza to, co moje ciało próbowało mi przekazać od tygodni. Dłonie Marcusa lekko drżały, gdy je cofał.
„Powiedz mi,” zdołałam wykrztusić, choć gardło zaciskało mi się na słowach. „Cokolwiek to jest, muszę wiedzieć.”
„Nosicie nie jednego dziedzica, lecz trzech. Trzech synów, wszyscy silni, wszyscy zdrowi. Pierwsze trojaczki urodzone w linii Grimhowl od ponad wieku.”
Pokój zawirował. Zacisnęłam palce na krawędzi stołu badawczego, aż zbielały mi kostki.
Przez jedną krystaliczną chwilę zalała mnie czysta radość—trzy serca, trzy dusze, które stworzyłam.
A potem zrozumienie uderzyło mnie jak lodowata woda.
Trzech przyszłych Alf. Tradycja. Pradawne prawo, które nakazuje braciom walczyć na śmierć i życie o supremację, tak by tylko jeden mógł objąć tron.
„Nie,” wyszeptałam, potem mocniej: „Nie wolno ci o tym mówić.”
Ręce mi się trzęsły, gdy wyciągałam ciężką sakiewkę z płaszcza, złote monety rozsypały się po stole między nami.
„Proszę, Marcus. Błagam cię jako matka, nie jako twoja Luna. Pozwól mi znaleźć sposób, by ich ochronić. Nie mów Alfie. Nie skazuj moich synów, zanim jeszcze się narodzą.”
„Proszę mnie prosić o okłamanie naszego Alfy?..”
„Tradycje watahy zamordują dwoje moich dzieci,” powiedziałam, porzucając wszelkie pozory opanowania. „Proszę. Dam ci wszystko. Daj mi tylko czas, żebym mogła znaleźć inne rozwiązanie.”
Ale gdy opuszczałam leczniczą jamę, uchwyciłam w jego spojrzeniu żądną ambicję.
Złoto mogłoby kupić jego milczenie na kilka godzin, może dzień, ale nie dłużej. Nie wtedy, gdy ta informacja może kupić przychylność Alfy, który ponad wszystko cenił władzę.
Droga do sali Rheakara rozciągała się przede mną jak pogrzebowy pochód.
Każdy krok przybliżał mnie do nieuniknionego, moje miękkie pantofle szeptały po kamiennych podłogach, które były świadkami pokoleń dominacji Grimhowlów.
Strażnicy prostowali się, gdy przechodziłam, składając mi pełne szacunku ukłony.
Wielkie drzwi stały otworem. Rheakar czekał w środku i od razu, po wyrazie jego twarzy, tej dzikiej satysfakcji, dumnej iskrze—wiedziałam, że mój sekret jest już jego.
„Moja piękna Lyanno,” powiedział, wstając z tronu z drapieżną gracją. To czułe słowo brzmiało obco w jego ustach; nie nazywał mnie piękną od lat. „Podejdź bliżej. Pozwól mi spojrzeć na matkę mojego dziedzictwa.”
Marcus już mnie zdradził. Złoto nie kupiło nawet godziny.
„Rheakarze,” zaczęłam, ale on pokonał dzielącą nas odległość w trzech krokach, jego dłoń położyła się zaborczo na moim brzuchu.
Poczułam, jak dzieci poruszają się pod jego dotykiem, i chciałam krzyknąć do nich, by były cicho, by schowały się przed ambicją ojca.
„Trzech synów,” wyszeptał.
I wtedy to zobaczyłam—gorączkową dumę człowieka, który widzi swoje nienarodzone dzieci nie jako istoty do kochania, lecz jako broń do wykucia.
„Trzy silne szczenięta, gotowe walczyć o koronę.”
„One jeszcze się nie narodziły,” próbowałam, zmuszając głos do spokoju. „Może moglibyśmy rozważyć zmianę tradycji, znaleźć sposób na to, by wszyscy trzej…”
„Rozważyć co? Odebranie im ich prawa z urodzenia?”
Jego śmiech nie miał w sobie ciepła, tylko ostry ton autorytetu.
„Tradycja ukształtowała każdego wielkiego Alfę naszej linii. Ukształtuje też naszego syna, tego, który okaże się najsilniejszy, na przywódcę godnego imienia Grimhowl.”
Ocalały. W liczbie pojedynczej. Tak łatwo mówił o dwóch śmierciach, jakby planował polowanie, a nie morderstwo własnej krwi.
„Przygotowania muszą się zacząć natychmiast,” ciągnął Rheakar, już pogrążony w swojej wizji. „Osobne komnaty, gdy tylko zostaną odstawieni od piersi, różni trenerzy, by nie mogli tworzyć sojuszy.”
„A po tym wszystkim będziesz mógł nazywać się ojcem?” przemknęło mi przez myśl. Ale patrząc na wyraz twarzy Rheakara, uświadomiłam sobie swój straszliwy błąd—powiedziałam to na głos.
„Przede wszystkim jestem Alfą Watahy Grimhowl. A ty, moja piękna Luno, zaczynasz chyba zapominać o swoim miejscu i obowiązkach.”
Czułam, jak jego rosnące poirytowanie pulsuje w mojej skórze, ale nie mogłam się powstrzymać od odpowiedzi: „Prawdziwy przywódca nie zdobywa szacunku przez przemoc i rozlew krwi. Jako przyszła matka, nie zapominam o tym.”
Jednym ostrym ruchem doświadczonego wojownika Rheakar kopnął stojące obok krzesło. Wzdrygnęłam się, po czym poczułam, jak przyciska mnie do ściany. Nozdrza Alfy rozszerzyły się ze złości, a ja mimowolnie położyłam dłoń na brzuchu.
Nawet teraz, gdy moi chłopcy są jeszcze w łonie, próbuję ich chronić. A ich najgorszym wrogiem okazał się własny ojciec.
„Kwestionujesz moje przywództwo, gówniaro? To ja rządzę watahą! Nikt nie śmie sprzeciwić się mojej woli. Zwłaszcza ty—zwykłe naczynie, które straci wszelką wartość w chwili, gdy moi dziedzice się narodzą.”
Stałam nieruchomo, łzy bezsilności spływały mi po policzkach. Ale nie dlatego, że stałam się uległą Luną, jaką mnie uczynił.
Lecz dlatego, że teraz jestem matką, zatroskaną o bezpieczeństwo swoich szczeniąt.
„Będziesz pod stałą ochroną aż do porodu,” rozkazał. „Zadbajmy, byś nie zrobiła niczego głupiego. Choć wątpię, byś była do tego zdolna.”
„Oczywiście, mój Alfo,” wymruczałam, spuszczając wzrok.
„Dobrze. Jutro przeprowadzisz się do zabezpieżonego skrzydła. Moi najbardziej zaufani strażnicy będą cię pilnować dniem i nocą.”
Jego palce przesunęły się po krzywiźnie mojego brzucha z czymś na kształt czci.
„Nic nie zagrozi moim dziedzicom, zanim nie będą mogli się wykazać.”
Potakująco skinęłam głową, odgrywając rolę, którą opanowałam przez lata małżeństwa. Ale pod moimi żebrami zakiełkowało coś nowego—nie siła partnerki Alfy, związanej obowiązkiem i tradycją, lecz coś o wiele groźniejszego.
Siła matki, która zburzy królestwa, zanim pozwoli dotknąć swych dzieci.

The Luna Who Defied Pack Law
30 Rozdziały
30
Treść

Zapisz

My Passion
Copyright © 2026 Passion
XOLY LIMITED, 400 S. 4th Street, Suite 500, Las Vegas, NV 89101