

Opis
W noc, kiedy ksiezniczka Soraya ma przypieczetowac zaaranzowane malzenstwo, jej zakazany znak wilka rozblyska - a jej narzeczony publicznie ja odrzuca, nazywajac przekleta. Zamiast do loza malzenskiego, trafia do lochu, gdzie zostaje zamknieta z Kaelenem, brutalnie opanowanym wojownikiem, ktorego obecnosc wydaje sie mniej niebezpieczenstwem... a bardziej przeznaczeniem. Ich wzajemny pociag jest wybuchowy, niewlasciwy, niemozliwy - i tylko rosnie, gdy okazuje sie, ze Kaelen jest ukrytym krolem rywalizujacego Domu. Nagle Soraya przestaje byc odrzucona narzeczona, a staje sie najcenniejsza bronia w nadchodzacej wojnie. Jesli chce przetrwac, musi zdecydowac, czy zaufac mezczyznie, ku ktoremu los nieustannie ja przyciaga - czy uciec, zanim pragnienie stanie sie klatka sama w sobie.
Rozdział 1
Nov 28, 2025
POV: Soraya
Noc nie powinna być ostrzeżeniem.
Z balkonu domu mojego ojca Saren rozciąga się w falach bladego piasku i soli, lśniąc srebrzyście pod bliźniaczymi księżycami. Latarnie zwisają z rzeźbionych kamiennych łuków, ich płomienie uwięzione w kolorowym szkle, rozpraszając odłamki bursztynu i błękitu na dziedzińcu poniżej. Służba porusza się niczym ciche cienie, niosąc tace z daktylami i kandyzowanymi migdałami, karafki korzennego wina, miski z krystalizowaną solą na błogosławieństwo.
W środku nazywają to świętem.
Moje ciało nazywa to inaczej. Napinanie się. Fałszywy krok w tańcu, którego nigdy nie wybrałam.
„Nie ruszaj się, Sorayo.”
Głos mojej matki jest łagodny, ale jej palce stanowcze, gdy przypina solną zasłonę do moich włosów. Siedzę na niskim, miękkim stołku, dłonie splecione na kolanach, wzrok utkwiony w wypolerowanym brązowym lustrze przede mną. Obca kobieta patrzy w moją stronę — owinięta w białe jedwabie, każda fałda idealna, każda krawędź ostra jak nóż.
Sareńskie szaty ślubne przylegają do mojej sylwetki, tkanina tkana srebrną nicią, która mieni się jak szron. Drobne ziarenka czystej sareńskiej soli wszyte są w brzeg sukni, delikatnie dźwięczą przy każdym ruchu, mając odpędzać nieszczęście. Moje włosy, ciemne jak zastygły obsydian, są zaplecione do tyłu i przeplecione cienkimi łańcuszkami z kamienia księżycowego. Sama zasłona to przezroczysta powłoka materiału posypana kryształkami soli, mająca symbolizować czystość.
Gdyby czystość miała dźwięk, byłby to cichy, nieustanny syk oczekiwań mojego ojca.
Lysara odsuwa się, by mi się przyjrzeć. Jej oczy są ciepłe, ale w zaciśniętych ustach kryje się napięcie. „Wyglądasz pięknie,” szepcze. „Jak opowieść, którą słyszałam jako dziewczynka.”
„O dziewczynie, która poślubia mężczyznę, z którym nie zamieniła nawet dziesięciu słów?” Próbuję obrócić to w żart. Brzmi to sucho.
Jej uśmiech słabnie. „Rozmawiałaś z nim więcej niż tyle.”
„Nie na tyle, by wiedzieć, czy ma duszę.”
„Każdy ma duszę, Sorayo.”
„Naprawdę?” szepczę.
Zarek Kharad. Pan Obsydianowej Twierdzy. Strażnik przełęczy kanionu. Mój przyszły mąż, wybrany zanim jeszcze wiedziałam, co znaczy związek. Spotkaliśmy się trzy razy, zawsze z murami protokołu pomiędzy nami — mój ojciec czuwający, wojownicy Kharadów obserwujący, spojrzenie Zareka — ważące, kalkulujące.
Nigdy nie patrzył na mnie tak, jak mężczyzna patrzy na coś, czego pragnie. Bardziej jak na pozycję w księdze rachunkowej, którą musi zbilansować.
Próbuję uspokoić oddech. „Mamo… coś jest nie tak.”
Lysara powoli opuszcza welon, pozwalając mu opaść wokół mojej twarzy. Przez zwiewną tkaninę pokój staje się łagodniejszy, krawędzie rozmyte przez blask soli i światła.
„Nerwy są normalne,” mówi. „Wkrótce się przemienisz. Wiążesz swoje życie z innym domem. Każdy by się bał.”
„To nie są nerwy.” Moje serce bije zbyt szybko, zbyt mocno. „Czuję, jakby coś pod moją skórą próbowało się wydostać.”
Jej dłonie zastygają na moich ramionach. Przez ułamek sekundy widzę w jej oczach strach — tak szybki, że może to tylko moja wyobraźnia. Potem znika, przykryty wyćwiczoną spokojnością.
„Jesteś silna,” mówi Lysara. „Cokolwiek poczujesz, przetrwasz to. Tak postępują córki Saren.”
Patrzę na jej odbicie zamiast na swoje. Jej uroda zawsze była łagodniejsza niż surowe linie naszej solnej prowincji — oliwkowa skóra, delikatne usta, ciemne rzęsy. Wygląda, jakby powinna mieszkać w jakimś oazowym mieście, śmiejąc się przy fontannie, nie w tym surowym domu zasad i wybielonego kamienia.
„Czy córki Saren mogą kiedykolwiek wybierać, czy tylko wytrzymywać?” pytam cicho.
Jej wzrok ucieka w stronę drzwi, gdzie obecność mojego ojca jest stale możliwa. Pochyla głowę. „Czasem przetrwanie to jedyny wybór.”
Drzwi zgrzytają i otwierają się.
Darron Saren wypełnia próg jak ostrze wypełnia pochwę — wysoki, sztywny, ubrany w formalną zbroję koloru kości. Blada skóra, wypolerowane łuski, biały płaszcz spięty broszą z solnego kryształu. Jego broda równo przystrzyżona, siwe pasma bardziej od trosk i gniewu niż lat.
Rzuca na mnie jedno spojrzenie, a jego szczęka się zaciska.
„Wstań,” rozkazuje.
Wstaję automatycznie. Lata nauki sprawiają, że prostuję plecy, unoszę podbródek, dłonie układam idealnie wzdłuż ciała. Solny brzeg sukni szepcze po płytkach.
Obchodzi mnie raz, jakby sprawdzał konia pod kątem wad.
„Będziesz kroczyć z gracją,” mówi. „Wypowiesz modlitwy bez zająknięcia. Nie będziesz płakać. Nie okażesz strachu. Nie zawahasz się podczas przemiany. Zrozumiałaś?”
Mam sucho w ustach. „Tak, ojcze.”
„Jeśli przyniesiesz hańbę temu Domowi,” kontynuuje, podchodząc bliżej, „jeśli zawstydzisz mnie przed Dominium Kharadów, to ja—”
„Darron,” przerywa łagodnie Lysara. „To twoja córka, nie żołnierz na sądzie.”
Ignoruje ją. Jego oczy pozostają utkwione w moich.
„Nie będę tolerował słabości”, mówi. „Oddajemy cię jednemu z najpotężniejszych ludzi na pustyni. Nie zepsujesz tego… histerią.”
Coś w jego tonie sprawia, że moja wilczyca się jeży. Przełykam to.
„Nie zepsuję”, mówię.
Przez kolejną długą sekundę mnie obserwuje. Potem, z krótkim skinieniem głowy, odwraca się.
„Procesja Kharadu przeszła przez grzbiet”, rzuca przez ramię. „Czas.”
Lysara sięga po moją dłoń, ściska ją lekko i potajemnie. Jej palce są chłodne. „Pamiętaj o oddechu”, szepcze. „Wdech nosem, wydech ustami. Licz latarnie, jeśli musisz.”
„Mamo…” zaczynam.
Obdarza mnie spojrzeniem — czułym i naglącym. „Moja gwiazdo. Wszystko będzie dobrze.”
Kłamała mi już wcześniej, drobnymi kłamstwami łagodząc ojcowski gniew. Ale to wydaje się czymś więcej. To brzmi jak modlitwa.
Wychodzimy na dziedziniec Saren, gdzie palmy i sosny solne rzucają długie cienie pod blaskiem księżyców. Rytualna misa wody pośrodku lśni, wypełniona wiosenną wodą sprowadzaną za wielką cenę. Mężczyźni i kobiety zbierają się wokół rzeźbionych kamiennych stopni, w najwytworniejszych bielach i bladym złocie, szepcząc, obracając się, wychylając by zobaczyć.
Słonawa zasłona tłumi dźwięki, ale nie całkowicie.
„Córka Sarenu.”
„Ta, którą obiecano Kharadowi.”
„Biedaczka. Słyszałam, że jest okrutny.”
„Okrucieństwo nie przeszkadza, jeśli trzyma najeźdźców z daleka.”
W oddali zaczynają grać bębny — wolno, głęboko, marszowy rytm Kharadu. Wibruje przez kamień aż do moich kości. Moja wilczyca warczy, nisko i panicznie.
Ojciec daje znak i procesja się formuje. Dwóch wojowników Saren na przedzie ze skrzyżowanymi włóczniami, potem Darron i ja, Lysara pół kroku za nami, potem reszta. Przechodzimy przez łuk bramy i wychodzimy na wydmy.
Na przeciwległym grzbiecie pojawiają się wojownicy Kharadu — ciemne sylwetki na tle nieba, sztandary trzepoczą na wietrze. Ich zbroje są czarne i czerwone, metal łapie światło ognisk niczym świeża krew. Na czele idzie Zarek.
Księżycowa procesja na wydmach prowadzi nas twarzą w twarz na środku pomiędzy naszymi Domami. Piasek chrzęści pod nogami. Misa z wodą czeka, nieruchoma jak szkło.
Zarek zatrzymuje się kilka kroków dalej, omiata wzrokiem Darrona, po czym na krótko zatrzymuje spojrzenie na mnie. Nie ma w nim ciepła. Ani podziwu. Tylko ocena.
„Lordzie Darron”, mówi. Jego głos jest spokojny, ostry. „Dom Kharad odpowiada na wezwanie do związania.”
„Dom Saren wita was”, odpowiada mój ojciec. Jego ton jest pełen szacunku w sposób, jakiego nigdy nie słyszałam w naszym domu. „Nasza sól jest zaszczycona waszą obecnością.”
Zarek kiwa głową raz. Protokół spełniony.
Jego oczy wracają do mnie. „Lady Soraya.”
Pochylam lekko głowę pod welonem. „Mój panie.”
Cisza się przeciąga. Moje serce wybija rytm razem z bębnami.
Wilczyca źle, źle, źle, szepcze w moich kościach.
Odsuwam to uczucie. Dziś noc nie jest od uczuć. Dzisiejsza noc jest od obowiązku.
„Księżyce są dobrymi świadkami”, mówi za nami jeden z kapłanów. „Rozpoczynamy obrzęd.”
Przechodzimy na przeciwległe strony misy z wodą. Młoda akolitka nalewa świeżą wodę z kryształowego dzbana; plusk łagodnie zakłóca odbicie księżyców.
Podano mi delikatny kubek wyrzeźbiony z bladego kamienia, z wygrawerowanym symbolem Saren. Czuję na sobie dziesiątki, może setki spojrzeń z wydm.
Słowa Darrona wracają echem: nie zawiedziesz się w przemianie. Modlę się do bogów, w których nigdy tak naprawdę nie wierzyłam, by miał rację.
Moje palce zaciskają się na kubku. Metal bransoletek wydaje się zbyt gorący na mojej skórze. Moja wilczyca naciska mocniej, krąży, pobudzona.
Kapłan intonuje słowa związania, święte frazy znane mi od dzieciństwa. Moje usta powtarzają je automatycznie, ale płuca mam zbyt ściśnięte.
„Przy wschodzących księżycach,” kończy, „ofiarujemy wodę jako życie pomiędzy Domami. Niech obiecani napiją się i złożą przysięgi.”
Podnoszę kubek. Naprzeciwko mnie Zarek robi to samo.
Mój głos to ledwie szept. „Na oczach księżyców powierzam ci swoją przyszłość. Obiecuję—”
Nagle ostry ból przeszywa mi tył głowy. Drżę, kubek się chwieje. Słyszę, jak mama wstrzymuje oddech za mną. Kroki ojca przesuwają się. Bębny biją dalej, nieubłaganie.
Gorąco zalewa mi żyły, pędzi z piersi aż po końce palców.
Coś we mnie drapie. Nie teraz. Nie teraz.
Kapłan marszczy brwi. „Lady Sorayo—”
„W porządku,” szepczę, choć mój wzrok zaczyna się rozmazywać na brzegach. Misa już nie wygląda jak woda. Przypomina lustro światła, wirujące, podnoszące się, by mnie pochłonąć.
Próbuję wymusić słowa. „Obiecuję—”
Moja wilczyca wyje w mojej czaszce. Ból eksploduje — biało-gorąca błyskawica rozcina mi skórę głowy. Wzdycham.
Kubek się przechyla, woda rozlewa się na moje palce. Świat dostraja się do jednego, strasznego odczucia: Coś we mnie pęka na oścież.

The Outcast Bride of the Alpha Warlord
150 Rozdziały
150
Treść

Zapisz

My Passion
Copyright © 2026 Passion
XOLY LIMITED, 400 S. 4th Street, Suite 500, Las Vegas, NV 89101