

Opis
Ksiaze ja odrzuca. Pirat ja porywa. Zdradzona przy oltarzu przez ksiecia Adriana i scigana za noszenie znamienia pirackiej krwi, Beth zostaje wciagnieta na poklad statku Alarica Stormborne'a, najbardziej budzacego groze pirata na Wschodnich Morzach. On ukrywa skradziona korone; ona skrywa solny znak na nadgarstku - starozytna klatwe, ktora zdaje sie rozpoznawac samo morze. Kazde ich starcie przeradza sie w zar, od ktorego zadne z nich nie potrafi uciec, w burze tesknoty i furii na otwartym morzu. I gdzies pomiedzy nawalnicami i kradzionymi spojrzeniami przestaje pragnac ratunku... a zaczyna pragnac jego. Lecz gdy przeszlosc powraca, czy pozadanie ich ocali - czy tez pograzy oboje?
Rozdział 1
May 2, 2026
POV: Beth
Budzę się przed dzwonami.
Przez chwilę leżę nieruchomo, wsłuchując się w ciszę domu i obserwując, jak mój oddech zamgławia się w zimnym, szarym powietrzu. Wtedy ta myśl uderza mnie tak ostro, że prawie się śmieję.
Mój dzień ślubu. Te słowa wydają się zbyt wielkie dla tego małego pokoju.
Odsuwam koc i stawiam stopy na kamiennej podłodze. Jest lodowata, dopóki nie znajduję małego dywanika, który ojciec kupił zeszłej zimy, żeby „jego dziewczyna nie zaczynała dnia krzykiem.” Jeden róg się strzępi. W kominku popiół. Popękana szczotka i wyszczerbiona miednica cierpliwie czekają na krzywym stole.
Brązowa plama na suficie przesunęła się trochę dalej od ostatniej burzy.
Pokój wydaje się mniejszy niż wczoraj, jakby już wiedział, że odchodzę.
Podchodzę do okna i otwieram okiennice na oścież. Zimne powietrze wpada wraz z zapachem soli i dymu. Przystań leży poniżej, otulona niskim pasmem mgły: ciemne maszty, kołyszące się łodzie, mewy krzyczące, gdy mężczyźni wypychają swoje małe łódki. Dalej, poza pracującymi statkami, stoi rząd większych sylwetek, schludnych i dumnych.
Królewskie kadłuby. Malowane burty. Wypolerowane lufy dział. Ich sztandary zwisają bezwładnie w słabym świetle, ale widzę królewski herb na najwyższym maszcie.
Jeden z tych statków go przywiózł. Książę Adrian Lancaster. Drugi syn króla. Mężczyzna, o którym szepczą nieznajomi na targu, gdy przechodzę. Mężczyzna, którego zobaczę po raz pierwszy na końcu nawy pełnej róż.
Dotykam kamiennego parapetu, zimnego pod palcami, i próbuję wyobrazić sobie jego twarz. Szkice, które widziałam w gazetach, nie są zgodne: czasem jego oczy są ostre, czasem łagodne, czasem usta ma surowe, czasem uśmiechnięte. W mojej wyobraźni zmienia się z dnia na dzień. Dziś rano postanawiam, że będzie dobry.
Spojrzy na mnie i zobaczy żonę, nie tylko podpis do zbilansowania księgi. Odda Ojcu spokój snu. Da mi życie, w którym nie będę znała ceny wszystkiego, co posiadamy.
„Beth?”
Głos Ojca rozlega się, zanim drzwi się otwierają. Odwracam się.
Stoi w progu w najlepszym płaszczu, tym ciemnoniebieskim z porządnymi guzikami. Wisi trochę luźniej niż kiedyś. Siwe nitki przecinają ciemne włosy przy skroniach. Linie wokół jego oczu są głębsze niż jeszcze rok temu. Trzyma w rękach mały pakunek owinięty w płótno.
„Obudziłaś się,” mówi, choć to nie jest naprawdę pytanie.
„Byłoby niegrzecznie kazać księciu czekać, bo zaspałam,” odpowiadam.
Wydobywa się z niego cichy śmiech i wchodzi do środka. Jego wzrok przemyka po znajomych rzeczach—plamie na suficie, dywaniku, krzywej półce—a jego szczęka napina się na ułamek sekundy, zanim znów na mnie patrzy.
„Wszystko gotowe?” pytam szybko. „Kaplica, kwiaty, muzycy—”
„Kaplica stoi, muzycy przyjechali, a dach nie zawalił się w nocy,” mówi. „Jak na nasze standardy, to bardzo gotowe. Kwiaty przyszły o świcie.”
Serce podskakuje mi w piersi. „Róże?”
Kiwnął głową. „Trzy skrzynie, świeże i białe.”
„Zamówiliśmy pięć,” mówię, po czym żałuję, że to powiedziałam.
„Zapłaciliśmy za trzy,” poprawia łagodnie. „To wystarczy. Nikt ich nie będzie liczył. Wszyscy będą patrzeć na ciebie.”
Od zawsze słyszałam takie zdania: zapłaciliśmy za tyle, damy radę z mniejszą ilością, nikt nie zauważy. Dzisiaj te słowa mają zniknąć. Dziś imię księcia ma zrobić to, czego nie dała ciężka praca Ojca.
„Trzy będą idealne,” mówię. „Gdyby było ich więcej, król mógłby kichać przez całą ceremonię. Wyobraź sobie ten skandal.”
To wywołuje prawdziwy śmiech. Trochę ciężaru opuszcza jego ramiona.
„Przyniosłem ci coś,” mówi.
Kładzie płócienny pakunek na moim małym stole i odwiązuje go. W środku leżą rękawiczki. Białe, skórzane, miękkie i delikatne, przy nadgarstku przeszyte srebrnymi gałązkami. Wyglądają, jakby należały do portretu na dworze, a nie do tego pokoju z krzywym lustrem i łuszczącą się farbą.
„Są piękne,” szepczę. „Skąd je—”
„Nie ważne,” przerywa zbyt szybko. „Są dla ciebie. Prezent ślubny. Przymierz je.”
Biorę jedną do ręki.
Skóra jest chłodna i gładka, pachnie lekko olejem. Gdy wsuwam ją na palce, pasuje tak, jakby ktoś odrysował każdy z nich. Druga rękawiczka obejmuje dłoń dokładnie tak samo. Moje palce wydają się smukłe i eleganckie, nie jak te, które szorowały garnki, nosiły księgi i cerowały pończochy przy świecy.
Ojciec bierze moje dłonie w rękawiczkach w swoje. Jego dłonie są ciepłe i szorstkie. Delikatnie obraca mój prawy nadgarstek, kciukiem naciskając miejsce, gdzie skóra pod spodem wcale nie jest gładka.
Przebłysk wspomnienia: zatłoczona ulica targowa, smród smoły i potu, ścisk obcego jak żelazo, błysk palącego bólu, mój własny krzyk, okrzyk Ojca. Tygodnie bandaży. Potem rękawiczki, gdy wychodziliśmy z domu. Byłam bardzo mała. Powiedzieli mi, że to nic.
„Posłuchaj mnie,” mówi teraz cicho. „Nie zdejmuj ich dziś. Ani w drodze. Ani w kaplicy. Ani przy księciu. Niezależnie od tego, co się stanie.”
Powietrze nagle gęstnieje. „Nie zamierzałam machać gołymi rękami przed rodziną królewską,” próbuję zażartować, ale brzmi to słabo.
„Mówię poważnie, Beth.” Jego oczy spotykają moje, ciemne i spokojne. „Obiecaj mi.”
„Dlaczego?” To słowo wyrywa się, zanim mogę je powstrzymać.
Waha się. To tylko ułamek sekundy, ale wiem, że jest powód, którego mi nie poda. „Bo proszę,” mówi w końcu. „Bo będę spokojniejszy, jeśli usłyszę to od ciebie.”
Są części jego życia, o których nie mówi. Nauczyłam się je wyczuwać jak kamienie pod powierzchnią spokojnej wody. Dziś nie chcę ich wydobywać.
„Obiecuję,” mówię. „Nie zdejmę ich.”
Wypuszcza powietrze, jakby jakiś supeł w nim się rozplątał. „Dobrze. Pasują ci.”
Patrzę na swoje dłonie. Rękawiczki sprawiają, że wyglądają niemal jak dłonie kobiet z dworskich obrazów: blade, gładkie, nietykalne.
„Myślisz, że mu się spodobają?” pytam cicho. „Księciu. Myślisz, że ja mu się spodobam?”
Jego usta drgają. „Jeśli ma oczy i choć odrobinę rozumu, to tak.”
„To nie to samo co tak,” mówię.
„Nie poznałem go,” przyznaje Ojciec. „Wiem, że jego listy były uprzejme, a jego propozycja naprawiła więcej niż jedną szczelinę w tych ścianach.”
Całuje mnie w czoło i wychodzi, zanim zdążę zapytać więcej. Pokój nagle wydaje się pusty.
Patrzę na nowe rękawiczki, na to, jak zakrywają mój nadgarstek, i zmuszam się do oddechu.
Pojawia się służąca z suknią i welonem, paplając o tłumach i książętach, gdy mnie sznuruje. Gdy w końcu staję przed lustrem, widzę tylko pannę młodą idącą ku przyszłości, nigdy przepaść czekającą za nią.

The Pirate’s True Love
150 Rozdziały
150
Treść

Zapisz

My Passion
Copyright © 2026 Passion
XOLY LIMITED, 400 S. 4th Street, Suite 500, Las Vegas, NV 89101