

Opis
Zhanbiona ksiezniczka przybywa na dwor pograzony w zimowym mroku jako pokorna poslanka - skrywajac sekret, ktory moglby rozpalic cale krolestwo: siedem lat temu, podczas maskarady, pokochala nieznajomego w swietle ksiezyca... i urodzila mu syna. Teraz Selene Ardent stoi przed krolem Kazimirem - poczatkowo nieswiadoma, ze to on byl zamaskowanym mezczyzna - i musi przetrwac w gniezdzie zmij utkanym z aksamitnego okrucienstwa, pod blyszczacym wzrokiem krolowej oraz spojrzeniem usmiechnietego ministra, ktory zamienia laske w bron. Gdy szepty ostrza sie w oskarzenia, krol po cichu chroni chlopca, Ariego, nawet gdy obowiazek zmusza go do udawania obojetnosci. Notatki, narady o polnocy i postrzepiona srebrna wstazka staja sie linami ratunkowymi, gdy Selene zostaje wrobiona w morderstwo, a potem oskarzona o niezdolnosc, az publiczna rozprawa zdziera maski z kazdej twarzy.
Rozdział 1
Oct 30, 2025
POV Selene
„Imię i cel wizyty?”
Podniosłam wzrok na pisarza przy bramie. Za nim z zimowej mgły wyłaniał się Pałac Vespery—czarne kamienne mury, srebrne, ażurowe wrota, kruki skulone niczym strażnicy na blankach. Sztandar trzepotał i trzaskał na wietrze: srebrny smok owinięty wokół korony, wypuszczający smużkę szmaragdowego płomienia.
„Selene z Lysary”, powiedziałam, głos opanowany siłą woli. „Specjalna wysłanniczka.”
Pióro pisarza zatrzymało się w pół łuku. Jego spojrzenie musnęło mój znoszony, szmaragdowy płaszcz, jedyną skrzynię u moich stóp, błoto przyciemniające rąbek. „Do Izby Prywatnej,” nie podniósł wzroku. „Jego Królewska Mość oczekuje pani.”
Ścisnęłam płaszcz ciaśniej, palce zimne przy gardle, i przeszłam przez wrota, które zamknęły się z precyzją zastawionej potrzaski. Przyjazd tutaj był błędem—każdy instynkt mi to podpowiadał—ale mój syn, Ari, potrzebował lekarstwa, którego nigdy nie dostałabym w Lysarze, a mój własny dwór aż za chętnie wypchnął mnie ku granicy.
Dotknęłam srebrnej wstążki ukrytej pod rękawem. Siedmioletnia i postrzępiona, szorstko ocierała się o mój nadgarstek. Nigdy jej nie zdejmowałam. W pewne noce była jedynym dowodem, że ogród, maski i obcy nie były snem, który wymyśliłam, by przetrwać kolejne lata.
Służby w czarno-szmaragdowym liberii dołączył do mnie, kroki szeleściły po mozaikowej posadzce.
„Tędy, Wasza Wysokość,” powiedział cicho.
Mijaliśmy korytarze wyłożone lustrami; świece dogasały w kinkietach, choć świt już nadszedł, złocąc setkę moich odbić: prosto splecione czarne włosy, cienie pod oczami, płaszcz podróżny, którego najlepsze lata były już dawno za nim i wielokrotnie cerowany.
Drzwi sali tronowej rozwarły się z westchnieniem. Czarny marmur rozciągał się, surowy i lśniący, ku podwyższeniu spowitemu w cieniu. Nad tronem ziała ogromna czaszka smoka, kły jasne jak noże.
Dwór rozstąpił się niczym ciemna woda.
Gromady arystokratów w aksamitach barwy nocy obróciły się równocześnie; klejnoty dam migotały na ich szyjach jak twarde gwiazdy. Ich uwaga przesunęła się po mnie, mierząc z ostrożnością kupców liczących monety.
Król Casimir Ruvan zasiadał wysoko na tronie okrytym czarnym aksamitem. Znałam fakty: trzydzieści pięć lat; wysoki i szczupły; kości policzkowe ostre, jakby mogły rzucać własny cień; włosy czarne z pasemkami przedwczesnej siwizny przy skroniach; oczy zimowe, błękitne, wyłapujące i zatrzymujące światło świec.
Coś zmieniło się w powietrzu, gdy na niego spojrzałam. Tętno naciskało na wstążkę pod moim rękawem. Jego wzrok przesunął się po mnie—niespiesznie, nie mrugając—i powędrował dalej bez śladu rozpoznania. Dobrze, powiedziałam sobie. Bądź tylko imieniem na papierze. Im mniej zobaczy, tym bezpieczniejszy będzie Ari.
Po prawej stronie króla Królowa-Małżonka spoczywała z gracją ostrza w jedwabnej pochwie. Blond włosy Isoldy ułożone były w perfekcyjne zwoje; jedwabna suknia w kolorze kości słoniowej opływała ją jak światło na mleku. Sznur pereł okalał jej szyję—każda perła cenniejsza niż cała moja garderoba. Jej blada dłoń spoczywała na ramieniu tronu, roszczenie wyrażone bez słów.
Zgięłam się w ukłonie, czując, jak zimno marmuru pnie się jak woda przez moje kości.
„Wasza Królewska Mość,” powiedziałam, zachowując równy ton. „Przekazuję pozdrowienia z Lysary oraz dokumenty mojego mianowania.”
„Księżniczka Selene Ardent,” odpowiedział Casimir, tonem formalnym. „Przyjmujemy pani listy.”
Moje palce, zdradzieckie od zimna i braku snu, niezdarnie szukały w płaszczu. Pieczęć wosku pękła w podróży; gdy wyciągnęłam kopertę, papiery wysunęły się na marmur niczym bladozielone liście.
Isolda zaśmiała się. „Och, cóż za niezręczność,” rzuciła z rozbawieniem, które dotarło aż do najdalszych kolumn.
Miękki śmiech rozlał się po sali, a za nim popłynęły ciche szepty wzdłuż ścian. Gorąco, upokarzające i palące, wystąpiło mi na policzki; zawahałam się o ułamek sekundy za długo, po czym uklękłam. Zimno marmuru przeszyło moją suknię; warkocz zsunął mi się przez ramię, gdy sięgałam po najbliższą kartkę.
Casimir nie poruszył się nawet. Zimnobłękitne oczy były nieruchome, usta opanowane, postawa studium kontroli. A jednak czułam, jak jego uwaga spoczywa na mnie niczym płaszcz: ciężar o określonym kształcie.
„Zaczynasz jutro o świcie,” powiedział. „Rada nie czeka na osobiste niedogodności.”
Odwróciłam się i ruszyłam długą nawą w stronę drzwi. Pod czaszką smoka puste oczodoły patrzyły, pusta absolucja: nawet najpotężniejsi kończą jako kości. Przeszłam pod nimi, nie zwalniając kroku.
Pojawił się znowu ochmistrz i poprowadził mnie korytarzami, które wiły się i zawracały, pałac był labiryntem, który wolał zachować swoje tajemnice nienaruszone.
Przydzielone mi komnaty w zachodnim skrzydle były małe, ale czyste: wąskie łóżko z cienkim pledem; biurko pod oknem; porcelanowa misa łapiąca blade światło i sprawiająca, że wydawało się jeszcze zimniejsze.
Rozpakowałam jedną walizkę i ułożyłam swoje życie w cichy porządek: dwie suknie, każda z podwójnie obszytym dołem; tom starych liryków z Lysary; rysunek Ariego.
Pukanie—trzy szybkie, uprzejme stuknięcia—sprowadziło mnie do drzwi. Młody lokaj, piegowaty i poważny, ukłonił się i podał na tacy zapieczętowaną wiadomość. „Dla ciebie, Wasza Wysokość”, powiedział.
Przełamałam lak i rozwinęłam kartkę.
Rada, świt. Przynieś zestawienia taryf. Nie spóźnij się.
Bez podpisu, ale to było pismo króla; studiowałam je w dekretach, gdzie stanowczość zamieniała atrament w ostrze kąta. Złożyłam notatkę starannie i położyłam na biurku. Za oknem zimowy ogród stężał w żelazo, gdy zapadał zmierzch.
Usiadłam na wąskim łóżku, wsunęłam palce pod rękaw i dotknęłam wstążki, aż poczułam ją w pulsie. Pamiętając.
Siedem lat temu, w ogrodzie bliskim temu, spotkałam nieznajomego na balu maskowym.
Dotarłam tamtego popołudnia, surowa po podróży i obcości innego dworu, tęskniąc za rodzicami, których zostawiłam w Lysarze jak kotwice, których mogłam już nie odnaleźć.
Sala balowa była zbyt jasna, zbyt głośna, zbyt gęsta od oceny. Wyszłam na powietrze—i znalazłam kamienne ścieżki. Za mną zabrzmiały kroki—miarowe, niespieszne. Odwróciłam się.
W cieniu bramy stał mężczyzna w ciemnym mundurze, maska zakrywała połowę jego twarzy. Był wysoki, z ramionami jak od linijki.
„Zgubiłaś się?” zapytał, głosem niskim, szorstkim jak źle ułożony aksamit. W słowie pobrzmiewała rozbawiona troska.
„Zwiedzam”, odparłam, starając się nie zgubić odwagi wśród ciszy, którą sobą niósł.
„Niebezpieczne”, zauważył, zbliżając się, ale jeszcze nie wchodząc w światło. „Te ścieżki prowadzą głęboko.”
Coś w tym tonie—zmęczona szczerość?—sprawiło, że zostałam. Ciepło rozeszło się pod skórą mimo chłodnego powietrza.
„Ostrzegasz mnie”, spytałam, „czy grozisz?”
„Ani jedno”, odpowiedział, robiąc kolejny ostrożny krok. Teraz widziałam linię jego szczęki. „Obserwuję.”
Powietrze zgęstniało, zadrgało—chwila napięcia przed błyskawicą.
„Co obserwujesz?” zapytałam i usłyszałam, jak cienko to brzmi, gdy pożądanie jest jak pogoda.
Podszedł na tyle blisko, że dotarł do mnie jego zapach: dym z cedru, czysta wełna, metal zostawiony na mrozie—a potem coś ciemniejszego, nuta cienia, którą spotykałam tylko u mężczyzn stojących zbyt blisko bitwy.
„Kobietę w srebrnej masce”, powiedział ciszej, „stojącą samotnie w ogrodzie. Albo przed czymś ucieka… albo ku czemuś biegnie.”
Wahanie było uprzejmością, zaproszeniem, by nie odpowiadać. Jego dłoń uniosła się i opuszki palców musnęły linię, gdzie maska się kończyła, a skóra zaczynała.
„Skóra jak blask księżyca na aksamicie”, wyszeptał. „Prawie się świecisz.”
Powinnam była odejść. Wrócić na bal do bezpieczeństwa i sztywności. Wrócić do przyzwoitości, która nigdy nie uratowała mnie przed żałobą. Zostałam.
„A ty?” zapytałam. „Przed czym uciekasz?”
„Przed wszystkim”, odparł, a potem, niemal się uśmiechając: „i przed niczym. Większości nocy nie umiem odróżnić.” Te słowa zabrzmiały jak wyznanie, którego nie chciał złożyć.
Zrozumiałam. Bogowie, zrozumiałam aż za dobrze.
„Może więc oboje się zgubiliśmy”, powiedziałam.
„Może”, wyciągnął dłoń. „A może jesteśmy dokładnie tam, gdzie powinniśmy być.”
Włożyłam dłoń w jego. Ciepło objęło moje palce z pewnością.
„Pójdziesz ze mną?” zapytał cicho na końcu zdania.
Skinęłam głową. Noc otuliła nas ciemnym płaszczem. Ruszyliśmy głębiej między żywopłoty, z dala od pochodni i śmiechu. Po raz pierwszy w życiu poczułam się wolna.
Ale wolność jest rzeczą pożyczoną. Jeszcze tego wieczoru znalazł mnie posłaniec ze słowami, które złamały świat: moi rodzice—król i królowa Lysary—nie żyli. Wypadek na polowaniu.
On nie wiedział. Nie mógł wiedzieć. I przez te kilka skradzionych godzin pozwoliłam mu nie wiedzieć. Po raz pierwszy nie musiałam być księżniczką, która opłakuje, ani obowiązkiem, który za mnie oddychał. Po raz pierwszy mogłam po prostu być.

The Princess' Secret Night
30 Rozdziały
30
Treść

Zapisz

My Passion
Copyright © 2026 Passion
XOLY LIMITED, 400 S. 4th Street, Suite 500, Las Vegas, NV 89101