

Opis
W swiecie, w ktorym o wartosci wilczycy decyduja sila, uroda i pochodzenie, Aria Thornwyn - kragla, wyszydzana i niechciana - zostaje wrzucona do wrogiej watahy i polaczona wiezia z zimnym, niechetnym przyszlym Alfa, Matthewem. Chociaz los splata ich poprzez swiety znak, Matthew odrzuca ja emocjonalnie, uzywajac obowiazku jako wymowki, podczas gdy Elias, szlachetny Beta, ofiaruje jej milosc i wolnosc, jakich nigdy nie znala. Rozdarta miedzy lojalnoscia wobec okrutnej wiezi a pragnieniem wlasnej wartosci, Aria musi walczyc nie tylko o przetrwanie, ale takze o tozsamosc, godnosc i przyszlosc, na ktora nikt nie wierzy, ze zasluguje.
Rozdział 1
Oct 13, 2025
Aria
Gdyby Bogini Księżyca miała jeszcze odrobinę litości, powaliłaby mnie tutaj i teraz.
Ściskałam paski plecaka tak mocno, że palce mi zdrętwiały. Każdy krok w stronę granicy Blue Stone był jak odliczanie do publicznego upokorzenia. Mój ojciec szedł obok mnie, z podniesioną głową, jakby nie miał właśnie oddać mnie niczym używany dar. Jego głos, zwykle surowy i nieprzenikniony, złagodniał, gdy na mnie spojrzał.
– Może jesteś jego partnerką. Bogini Księżyca nie popełnia błędów.
Chciałam krzyknąć: Popełniła ich mnóstwo, kiedy stworzyła mnie.
Ale tylko skinęłam głową, udając, że wierzę w tę bajkę. Że przeznaczenie sprawi, iż do kogoś będę należeć. Że nie będę tą odrzuconą, znowu.
Moje uda ocierały się o siebie nieprzyjemnie w grubych dżinsach, w które się wcisnęłam. Bluza przylegała do moich ramion jak mokra druga skóra. W tej chwili nienawidziłam każdego centymetra swojego ciała. Nie dlatego, że było złe, ale dlatego, że wiedziałam, iż oni spojrzą na mnie i właśnie to zdecydują.
Gdy dotarliśmy do kamiennej granicy ozdobionej rzeźbionymi wilczymi głowami, z lasu wyłonili się dwaj wojownicy. Nie zapytali o imię. Nie podali ręki. Po prostu patrzyli, szeroko otwartymi oczami, oceniająco, z mieszanką litości i czegoś znacznie brzydszego.
Ojciec odchrząknął. – Jestem Alfa Thornwyn. To moja córka, Aria. Jest w odpowiednim wieku, nieoznakowana i—
– Zostanie oceniona przez Alfę Ryle’a – przerwał mu lodowato jeden ze strażników. – Za nami.
To tyle. Bez powitania. Bez ciepła. Bez ceremonii.
Dokładnie tak, jak się spodziewałam.
Szliśmy w milczeniu krętą ścieżką prowadzącą do ogromnej Siedziby Stada, jeśli w ogóle można było to tak nazwać. To była raczej twierdza – sama skała i szkło, wbudowana w górę, z srebrnymi kolcami zdobiącymi balustrady balkonów. Niebieskie flagi z godłem wyjącego wilka łopotały na wietrze jak drwiące oklaski. Przełknęłam ślinę, walcząc z chęcią zawrócenia i ucieczki z powrotem do lasu.
Ale nie miałam dokąd pójść. Na szczycie marmurowych schodów powoli rozwarły się wielkie drewniane drzwi i wyszedł Alfa Ryle.
Był wysoki, co najmniej metr dziewięćdziesiąt pięć, z posiwiałą brodą, oczami ostrymi jak ostrza i posturą, która krzyczała o dominacji. Jego obecność wysysała powietrze z otoczenia. Spojrzał na mnie jak na rozczarowujący posiłek.
– Więc – powiedział sucho. – To właśnie Thornwyn przysyła.
Ojciec kiwnął głową z szacunkiem. – Jest gotowa znaleźć swojego partnera.
Wargi Ryle’a zacisnęły się, jakby poczuł coś kwaśnego. Nawet nie raczył mnie przywitać. Po prostu odsunął się i mruknął: – Zaczekaj tutaj.
Moje serce waliło o żebra jak uwięzione stworzenie. To miała być ta chwila, kiedy Bogini Księżyca wszystko naprawi. Kiedy mój partner wyjdzie, chwyci mnie za rękę i powie, że jestem ważna. Że nie jestem "za bardzo" ani "za mało", tylko dokładnie taka, jaka powinnam być.
I wtedy on się pojawił.
Matthew.
Nie szedł – kroczył naprzód jak ktoś, kto posiada cały świat. Wysoki, szerokie ramiona, szczupłe mięśnie opięte czarnym t-shirtem, który przylegał do klatki piersiowej i ramion jak sam grzech. Włosy ciemne, rozwichrzone i niechlujne, jakby właśnie przeczesał je ręką. Szczęka ostra, gładko ogolona, z ledwie widoczną blizną biegnącą spod prawego oka do krawędzi kości policzkowej.
Ale to jego oczy mnie sparaliżowały.
Złotobrązowe. Intensywne. Dziko błyszczące. Jakby był o pół sekundy od przemiany w wilka i rozszarpania czegokolwiek. Promieniowała z niego siła i wściekłość.
A potem nasze spojrzenia się spotkały. To było jakby piorun rozdarł niebo i wypalił ślad w moim kręgosłupie. Moje płuca zapomniały, jak się oddycha. Skóra mi się zjeżyła. Żołądek zrobił fikołka. Więź. Więź. Mój partner. To, o czym powtarzano mi, że może nigdy się nie wydarzy, bo nie jestem tym, czego pragną watahy.
A jednak to było prawdziwe. Mrugnął, jego brwi lekko się zmarszczyły – przez ułamek sekundy zobaczyłam szok. A potem jego wyraz twarzy się zmienił.
Jego wzrok powoli, jadowicie zjechał w dół po moim ciele, obejmując krągłość mojego brzucha, pełność ud, okrągłość twarzy. Jego usta wykrzywiły się. Tłum wokół – wojownicy, członkowie stada, Omegi – zamarł. A potem on to powiedział. Zimno. Głośno.
– Myślałem, że przyślą mi wilczycę…
Jego głos był gładki jak lód, ostry jak stal.
– …a nie krowę.

The Rise of Aria Thornwyn
30 Rozdziały
30
Treść

Zapisz

My Passion
Copyright © 2026 Passion
XOLY LIMITED, 400 S. 4th Street, Suite 500, Las Vegas, NV 89101