

Opis
Silas Vale dziedziczy tron Alfy oraz szeptana ,,klatwe pozadania", ktorej odmawia powtarzania. Unikajac dzikiego rytualu godowego, zderza sie z Raena Duskborn-zawzieta Alfa rywalizujacej watahy-najpierw w szklarni, potem nad rzeka, gdzie ich chemia lamie wszelkie zasady. Ich rody krwawily przez pokolenia, kazdy z nich twierdzac, ze to ten drugi rozpoczal wojne; Silas nie boi sie Raeny, lecz zaru pod wlasna skora. Polityczne napiecia zaostrzaja sie podczas rytualnej uczty, Raena pokonuje go w probach luczniczych, a na Szczycie Treningowym Alf mgla odbiera jej kontrole-przypadkowo znaczy go na oczach swiadkow. Ten jeden znak zapala lont: sojusze sie chwieja, mity o wojnie granicznej zaczynaja sie rozpadac, a oboje Alfowie musza zdecydowac, czym naprawde jest sila-dominacja czy powsciagliwoscia. By przetrwac, musza przepisac klatwe na nowo, zmierzyc sie z prawda stojaca za konfliktem ich rodzin i wybrac, czy ich wiez zakonczy cykl przemocy-czy roznieci wojne, ktorej zadna z watah nie przetrwa.
Rozdział 1
Nov 6, 2025
„Mówiłem, że nie wrócę”, mruknąłem, schylając się pod niską gałęzią, gdy ostry zapach dymu palił mi gardło. Był wszędzie—gęsty, upajający, desperacki. Taki zapach, przy którym wilki zapominały o sobie.
Ale ja nie mogłem zapomnieć. Nie jak one.
Za mną pulsowała ceremonia—rozgrzana do szaleństwa orgia wilków szarpiących się z instynktem, raniących ciała, znaczących i kopulujących jakby postradali zmysły. Nazywali to tradycją. Ja nazywałem to pułapką.
Nie chciałem być nigdzie w pobliżu. Nie po tym, jak pierwszy raz zobaczyłem moją matkę płaczącą.
Miałem dziewięć lat, gdy znalazłem ją zwiniętą na podłodze, z pięściami zaciśniętymi na pościeli, jakby tylko to powstrzymywało ją przed rozpadem. Mój ojciec poprzedniej nocy wziął kolejną wilczycę. Znowu. Nigdy nie przestał. Dopiero gdy znaleźli matkę wiszącą w oknie jej komnaty, z szeroko otwartymi oczami, jakby wciąż wypatrywała księżyca, na coś, co nigdy nie nadeszło.
Wszyscy potem szeptali to samo: Pożądanie Alfy to przekleństwo. I przekazał je synowi.
Przez długi czas im nie wierzyłem. Myślałem, że mogę być inny—lepszy. Potem zostałem Alfą i wszystko się zmieniło. Ruja zaczęła budzić coś we mnie—coś, czego nie chciałem, coś niebezpiecznego.
Tej nocy wilczyce krążyły wokół jak sępy. Jedna z nich, śmiała, o srebrnych oczach, przesunęła palcami po mojej piersi i szepnęła: „To prawda? Alfa z Hollowmoor woli samców?”
Nie zorientowałem się, że ją chwyciłem, dopóki jej ciało nie uderzyło w filar, a powietrze nie uciekło z jej płuc.
„Nie wiesz, kim jestem”, warknąłem.
Zaśmiała się—bez tchu. „To jest problem, Silas. Nikt nie wie.”
Puściłem ją i uciekłem.
Nie przestałem biec, dopóki muzyka nie przycichła za liśćmi i gałęziami, dopóki daleki kraniec posiadłości nie stał się cichy, a mury ogrodu nie wyrosły przede mną jak azyl. Szklarnia połyskiwała w oddali—szyby zamglone od pary, drzwi uchylone, jakby czekały. Wszedłem do środka i odetchnąłem.
Księżycowe kwiaty kwitły w gęstych, białych kępach, świecąc lekko pod lampami. Dzika mięta pełzła po podłodze, oplatając rozbite donice i zarośnięte pnącza. Powietrze było gęste od życia—spokojniejsze, czystsze.
Aż wyszła z cienia.
Raena Duskborn. Wszyscy znali to imię. Alfa Ashfangów—dzika, niepoślubiona, nieujarzmiona. Nie związana żadnymi zasadami poza własnymi. Mówili, że kiedyś złamała szczękę rywalowi, bo podczas sparingu próbował jej założyć obrożę. Mówili, że nigdy się nie kłania—nikomu, nawet własnej radzie.
A teraz była tutaj.
Wilczyce nie wyglądały tak. Raena nie nosiła jedwabiu ani nie malowała ust na czerwono jak inne. Jej nagie ramiona pokrywał kurz i brud. Warkocz był gruby, potargany, w połowie rozpleciony. Jej złote oczy wbiły się w moje, jakby wyczuwała burzę zwiniętą pod moją skórą.
„Nie powinieneś tu być”, powiedziała, głosem jak uderzenie krzesiwa o stal.
„Ty też nie”, odparłem, zmuszając się do opanowania głosu.
Zrobiła krok naprzód, bez pośpiechu. „Nie składam raportów nikomu.”
„Dobrze”, powiedziałem. „Bo nie przyszedłem tu o nic prosić.”
Chwila. Jej oczy zwęziły się. „Uciekłeś.”
„Musiałem.”
„Przed czym?”
„Przed przekleństwem”, syknąłem. „Przed staniem się nim.”
Mrugnęła raz—nic więcej—ale coś się zmieniło w jej spojrzeniu. Nie litość. Nigdy to. Coś ostrzejszego—rozpoznanie. Raena odwróciła się i ruszyła głębiej w szklarnię, muskając pnącza jakby to jej miejsce. Poszedłem za nią.
„Unikałem tej ceremonii przez dziesięć lat”, powiedziałem. „Ale teraz jestem Alfą. Powiedzieli, że nie mam wyboru.”
„Zawsze mamy wybór”, rzuciła Raena, nie patrząc na mnie.
„Nie jeśli masz zranić kogoś w chwili słabości.”
Cisza zgęstniała wokół. W końcu powiedziała: „To nie poddawaj się.”
Chciałem wierzyć, że to takie łatwe, ale już czułem rozpalone ciepło rozlewające się pod skórą. Mój wilk chodził w kółko tuż pod powierzchnią, niespokojny. Jej zapach nie pomagał—żelazo, popiół, letnia burza. Nic słodkiego ani łagodnego. A jednak przyciągał mnie.
Odwróciła się i spojrzała prosto przez słowa, których nie wypowiedziałem. „Myślisz, że tylko ty boisz się tego, kim możesz się stać?” zapytała cicho. „Kręciłam kości na treningu tylko po to, żeby znów poczuć kontrolę.”
Jej głos zadrżał na ostatnim słowie—ledwie.
Zrobiłem krok bliżej. „Dlaczego tu jesteś?”
„Żeby przypomnieć sobie, że nie jestem z ognia”, wyszeptała. „Nawet jeśli wszyscy wciąż próbują mnie spalić.”
Nasze ramiona musnęły się, gdy mijała mnie. Kontakt był ulotny, ale wstrzymałem oddech, a skóra na moim ramieniu zapłonęła jak wypalona znakiem. Jej zapach zalał mi płuca.
„Poczułeś to, prawda?” spytała, nie odwracając się.
„Nie szukam partnerki,” powiedziałem.
„Dobrze”, odpowiedziała, znów stając naprzeciw mnie. „Ja też nie.”

The Virgin Wolf
29 Rozdziały
29
Treść

Zapisz

My Passion
Copyright © 2026 Passion
XOLY LIMITED, 400 S. 4th Street, Suite 500, Las Vegas, NV 89101