

Opis
Opuscila diabla dla dobrego czlowieka. Teraz diabel chce ja odzyskac. W poranek, w ktorym miala poslubic bezpieczenstwo, Arianna wciaz probowala przekonac swoje odbicie, ze wybrala wlasciwego mezczyzne. Zostawila za soba swiat splamionej krwia lojalnosci i obsesyjnego oddania na rzecz czegos czystego, prostego, normalnego. Lecz gdy jej narzeczony znika na kilka godzin przed ceremonia, Arianna wie, ze nie chodzi tu o strach przed slubem. To wiadomosc. A tylko jeden mezczyzna jest wystarczajaco bezwzgledny, potezny i obsesyjny, by ja wyslac. Jej byly. Dante nigdy nie byl bezpieczny, byl posiadaniem przebranym za milosc. Opuscila go raz, zbudowala nowa tozsamosc daleko od jego imperium i zaaranzowanego malzenstwa, ktore cementowalo jego tron. Ale kiedy dowody prowadza wprost do jego rodzinnego herbu, Arianna jest zmuszona wrocic do posiadlosci, z ktorej ledwo uciekla. Za zelazna brama i czujnymi spojrzeniami dawni kochankowie staja sie wrogami, wrogowie czyms znacznie grozniejszym, a granice miedzy ochrona a niewola zacieraja sie. Mezczyzna, ktorego opuscila, jest teraz zonaty - ale wciaz patrzy na nia jak na niedokonczona sprawe. I nie jest jedynym. Bo czarujacy, lekkomyslny brat Dantego obserwuje ja od lat. Bo lojalnosc w tej rodzinie jest skomplikowana. Bo obsesja jednego mezczyzny moze stac sie obsesja trzech.
Rozdział 1
Mar 6, 2026
POV Arianny
Nie pozwolę, by mój były zniszczył mi dzień ślubu. Nawet jego wspomnienie tego nie zrobi.
Wybrałam bezpiecznego mężczyznę z premedytacją, ale panna młoda, która musi wymuszać uśmiech, już odpowiada na pytanie, którego nikt nie zadał.
Wiem o tym. Widzę to w dużym lustrze w apartamencie dla panny młodej w kaplicy pod Neapolem — kamiennym budynku schowanym między gajami oliwnymi a dziką lawendą — i szukam radości, która powinna mieszkać w tej chwili.
Suknia jest z kości słoniowej, z jedwabiu, dopasowana w gorsecie, spływająca czysto do ziemi. Wybrałam ją, bo czułam, że pasuje do mnie, a teraz jestem kobietą, która trzyma się własnego odbicia jak krawędzi.
Wciąż pamiętam dzień, kiedy Ethan oświadczył mi się na parkowej ławce. Bez spektaklu, bez orkiestry, bez pierścionka na dnie kieliszka szampana, którym mogłabym się zadławić i umrzeć, zanim odpowiedziałabym na pytanie.
Wtorkowy wieczór, słońce zachodziło, a on wyciągnął z marynarki welurowe pudełko drżącymi palcami.
— Nie mam przemowy — powiedział. — Po prostu wiem, że chcę, by każdy poranek zaczynał się z tobą.
Pierścionek był skromny i doskonały, a ja powiedziałam „tak”, zanim skończył zdanie, bo ulga wynikająca z bycia wybraną — otwarcie, bez warunków — zalała mnie tak szybko, że prawie ugięły mi się kolana.
Facet od finansów. „Golden retriever”. Ten, który pisze „myślę o tobie” zamiast „gdzie jesteś” o drugiej w nocy. Mężczyzna, dla którego największym ryzykiem jest zapomnienie o złożeniu deklaracji podatkowej na czas.
Człowiek, który nigdy, przenigdy nie spojrzy na mnie tak, jak on patrzył — jakbym była czymś do podbicia, czymś do posiadania, czymś, przez co trzeba się przepalić, aż nie zostanie nic poza popiołem, pragnieniem i pożądaniem.
Powtarzam sobie to samo zdanie, które powtarzam od dwóch lat: Tak właśnie ma wyglądać miłość.
Czysto. Prosto. Bezpiecznie.
Bez krwi pod paznokciami. Bez nocnych telefonów, od których żołądek robi się ciężki. Bez mężczyzn o martwych oczach stojących na straży pod twoimi drzwiami. Bez budzenia się o trzeciej nad ranem i widzenia go, jak patrzy na ciebie, gdy śpisz, z miną balansującą gdzieś między oddaniem a groźbą.
Odeszłam z tamtego świata. Wydrapałam się z niego z niczym innym jak walizką i strachem, który na zawsze przeprogramowuje twój układ nerwowy.
A potem, kiedy wreszcie oddzieliłam się od jego świata, zrobiłam najtrudniejszą rzecz: zbudowałam nowe życie z ruin.
Dołączyłam do klubu książki. Kupiłam roślinę. Przeglądałam aplikacje randkowe, pomijając każdego z wyraźną linią żuchwy, ciemnymi oczami albo tą szczególną spokojną aurą, którą drapieżnicy noszą jak perfumy.
Przesunęłam palcem w prawo na miłych . Na stabilnych . Na facetach, których największą czerwoną flagą była nuda.
I wtedy poznałam Ethana.
Czternaście miesięcy temu siedziałam w samochodzie przed kawiarnią, gdzie mieliśmy się po raz pierwszy spotkać, kluczyki w stacyjce, próbując się przekonać, by wejść do środka.
Mężczyzna, którego zostawiłam — ten niebezpieczny, ten pochłaniający, ten, którego imienia wciąż nie potrafię sobie przypomnieć bez przyspieszonego pulsu — zniszczył we mnie prostotę. Każde dobre słowo wydawało się podstępem. Każdy delikatny dotyk wydawał się początkiem gry, w której już przegrałam.
Ale weszłam, a Ethan siedział przy oknie z dwoma kartami menu i uśmiechem, który nie chciał ode mnie niczego poza moim towarzystwem.
Trzyma moją dłoń delikatnie, splatając palce, bez tej zaborczości, która zamienia czułość w posiadanie. Przeciąga mnie na swoje kolana, kiedy czytam, i całuje mnie w szyję, aż zdanie się rozmywa, a ja się śmieję, odpycham go i wcale tego nie chcę.
Nigdy nie pyta o moją przeszłość — nie dlatego, że go to nie obchodzi, ale dlatego, że ufa, że przyniosę ją sama, gdy będę gotowa.
To jest to, co mają zwykli ludzie. Tak właśnie wygląda miłość niezwiązana z przemocą.
To jest uzdrawianie. On jest antidotum.
Więc dlaczego moje odbicie wygląda, jakby szło na pogrzeb?
— Znowu to robisz. — Głos Sofii przywraca mnie do rzeczywistości.
Widzę jej odbicie w lustrze — przykucnęła przy moim trenie, szpilka w zębach, ciemne loki wymykające się z klamry, do której walczyła je rano.
Moja najlepsza przyjaciółka. Moja druhna. Pielęgniarka. Kobieta, która ratuje życie zawodowo i nie wie, ile razy uratowała moje, po prostu będąc zwyczajną.
— Jakie „to”? — pytam.
„To coś, kiedy patrzysz na siebie, jakbyś szukała dowodu na własne istnienie.”
„Podziwiam sukienkę.”
„Dysocjujesz.” Wstaje, strzepuje dłonie o szałwiowozieloną sukienkę i przechyla głowę. „Widziałam pacjentów w śpiączce z bardziej przytomnymi minami.”
Wydobywa się ze mnie śmiech — ostry i zaskakujący. Sofia sięga, by poprawić mój welon, i patrzy na mnie tymi ciepłymi brązowymi oczami, które widzą zbyt wiele, a pytają o zbyt mało. Jej palce są delikatne, a wyraz twarzy łagodnieje w uśmiechu.
„Ethan oszaleje, kiedy cię zobaczy. A ja stracę tusz do rzęs, patrząc jak on wariuje. Całość będzie piękną katastrofą, więc przestań analizować swoje odbicie i zacznij się tym cieszyć.”
„Cieszę się.”
„Zaciskasz szczęki.”
„To moja radosna mina. Bardzo niezrozumiały wyraz.”
Śmieje się — jasno i prawdziwie, to ten rodzaj śmiechu, który rozluźnia ucisk w mojej piersi choćby o jeden, konieczny stopień. Biorę jej dłonie i trzymam je mocno, zakotwiczając się przy osobie, która nigdy nie oczekiwała ode mnie wyjaśnień.
Ona nic nie wie. Tak naprawdę.
Nie o rodzinie Serratore, ani o tym, co znaczy być kochaną przez mężczyznę, którego nazwisko sprawia, że dorośli milkną. Nie o luksusowych apartamentach, które były jak klatki, ani o markowych ubraniach będących jednocześnie mundurem.
Dla Sofii przetrwałam „naprawdę toksyczny związek”. Szczegóły pozostają zakopane. Koszmary zostają prywatne.
Zapytała tylko raz, dlaczego nigdy go nie poznała — dwa lata razem, a nie pozwoliłam jej nawet zbliżyć się na kilometr. Zmieniłam temat z wprawą kogoś, kto nauczył się uniku od mistrza manipulacji.
„Jesteś szczęśliwa”, mówi, a słowo to unosi się na końcu tak, że prawie brzmi jak pytanie.
„Euforycznie szczęśliwa. Taka, że samotni ludzie robią się od tego niedobrzy.”
Taka, którą wszyscy rozumieją. Taka, którą powinnam chcieć. Taka, która nie budzi mnie o trzeciej w nocy z bijącym sercem i jego imieniem na ustach, jak modlitwa albo przekleństwo — nigdy nie wiem, które.
„Dobrze.” Ściska moje dłonie. „To idź, wyjdź za tego mężczyznę.”
Sięgam po telefon na toaletce. Żadnych wiadomości.
Ethan powinien być tu godzinę temu — jego drużba Leo miał go przywieźć z hotelu i powinni byli dotrzeć przed tym, jak florystka skończy dekorować ołtarz. Piszę SMS-a, by rozładować narastający niepokój.
Ja: Na czas? To ja w bieli. Nie da się mnie przeoczyć.
Czekam, ale ekran pozostaje ciemny. Potem dzwonię. Cztery sygnały, potem poczta głosowa, a nagrany głos Ethana — ciepły, spokojny — mówi: „Tu Ethan. Zostaw wiadomość, a cię znajdę.”
„Nie odbiera,” mówię, starając się mówić spokojnie.
„Kryzys ze spinkami do mankietów,” mówi Sofia natychmiast. „Leo potrafił kiedyś spędzić czterdzieści minut nad poszetką. Mężczyźni rozpadają się na weselach. To biologiczne.”
Ale niepokój ma już zęby, drobne i precyzyjne, wbijające się w miękką tkankę pod moimi żebrami. Ethan nigdy nie jest nieosiągalny. Zawsze odpisuje w kilka minut, dzwoni, kiedy mówi, że zadzwoni. Jego niezawodność jest tak absolutna, że zbudowałam na niej swoją przyszłość.
Telefon Sofii dzwoni, marszczy brwi, podnosi palec. „Sekunda.”
Wychodzi na korytarz i drzwi cicho się zamykają, gdy liczę sekundy, patrząc na swoje odbicie. Siedem. Osiem. Dziewięć.
Gdy wraca, cała krew odpłynęła jej z twarzy, wygląda jak inna kobieta. „Sof?”
„Lepiej usiądź.”
„Co się stało?”
„Arianna, proszę, usiądź…”
„Sofia Greco.” Mój głos schodzi do tonacji, której nie używałam od lat — niskiej, kontrolowanej i pełnej groźby. „Powiedz mi, co się stało. Teraz. Natychmiast.”
Jej dłonie drżą, gdy mocno splata palce, zaciskając je jak stazę, a słowa wylewają się z niej lawiną.
„To był Leo. Pojechał po Ethana, ale pokój był… zdemolowany. Przewrócone meble, jego telefon w kawałkach na podłodze.” Głos łamie jej się przy kolejnym zdaniu. „Na framudze są ślady krwi. Policja już tam jest. Ethan zniknął .”
Pokój się przechyla. Suknia nagle wydaje się przebraniem do sztuki, w której już nie gram. Bo dokładnie wiem, co oznacza krew na framudze.
Wiem, co znaczy, gdy mężczyzna znika w dniu swojego ślubu.
Wiem, kto sprawia, że ludzie znikają.
Znalazł mnie?

Thirty Days of Sin
30 Rozdziały
30
Treść

Zapisz

My Passion
Copyright © 2026 Passion
XOLY LIMITED, 400 S. 4th Street, Suite 500, Las Vegas, NV 89101