

Opis
Siedem lat temu spedzilam niezapomniana noc z nieznajomym w karczmie w Carvenmoor. Zniknal przed switem. Dziewiec miesiecy pozniej urodzilam trojaczki-sama, niezamezna i zdeterminowana, by przetrwac. Teraz, desperacko probujac zapewnic dzieciom lepszy los, przyjmuje posade guwernantki w szlacheckim domu, ukrywajac sie pod falszywym nazwiskiem. Gdy tylko wchodze na rozmowe kwalifikacyjna, moj misternie zbudowany swiat sie rozpada: osoba prowadzaca rozmowe jest on. Domnall Morvaine-ojciec moich dzieci, chociaz nie rozpoznaje wyczerpanej karczmarki przemienionej w szanowana wdowe. Wychowuje jego dzieci pod jego dachem, a on pozostaje nieswiadomy prawdy. Ale bliskosc rodzi niebezpieczenstwo. Skradzione spojrzenia zamieniaja sie w przedluzajace dotyk. Profesjonalny dystans rozpada sie w zakazanej namietnosci. A jego zimna, wyrachowana matka zaczyna badac guwernantke, ktora przykula uwage jej syna-wlasnie wtedy, gdy do politycznie kluczowego aranzowanego malzenstwa zostaje juz tylko kilka tygodni. Uwieziona miedzy miloscia, ktora moze nas zniszczyc, a sekretami zagrazajacymi wszystkiemu, co zbudowalam, musze zdecydowac: dalej ukrywac sie w cieniu czy zaryzykowac ujawnienie dla szansy na cos prawdziwego. Niektore klamstwa chronia. Inne wywoluja rewolucje.
Rozdział 1
Apr 24, 2026
Perspektywa Mairead
Kiedy siedem lat temu wpadłam do łóżka z nieznajomym w tawernie w Carvenmoor, nie miałam pojęcia, że skończy się to trzema małymi tornadami, które wierzą, że pora snu to jedynie sugestia, którą powtarzam z przyzwyczajenia.
"Tavish, odłóż but! Lachlan, zejdź z siostry." Mój głos ochrypł od powtarzania tych samych słów w tej samej kolejności, chyba setny raz tej nocy.
Tavish upuszcza but i chwyta drewnianego konika, wymachując nim łukiem, który niemal strąca świecę. Lachlan rzuca się przez pokój, zderzając się ze ścianą. Deski podłogi drżą.
Fenella wspina się na oparcie jedynego krzesła, jakie posiadam, jej bose stopy odnajdują oparcie na drewnie, na którego wymianę mnie nie stać. Uśmiecha się do mnie szczerbatą zuchwałością, która byłaby urocza, gdybym nie była tak wyczerpana.
Wyciągam moją najpewniejszą broń, tę, która nigdy nie zawodzi. "Jeśli się nie uspokoicie, nie będzie dziś bajki."
Trzy ciała rzucają się do wspólnego łóżka, łokcie zderzają się w pośpiechu. Układają się w plątaninę kończyn i wyczekujących twarzy. Osuwam się na podłogę obok nich, plecami opieram się o ramę łóżka i zaczynam wymyślać.
"Dawno, dawno temu był rycerz, który kochał księżniczkę zza morza."
Tavish pochyla się do przodu, oczy szeroko otwarte. "Czy był odważny?"
"Najodważniejszy. Przepłynął oceany i walczył ze smokami, tylko po to, by udowodnić, że jego miłość jest prawdziwa." Czerpię ze skrawków opowieści, które czytałam, zszywając je w coś, co może sprawi, że uwierzą.
"Czy smoki ziały ogniem?" przerywa Lachlan, podskakując na materacu tak mocno, że Fenella piszczy z protestu.
"Największym ogniem, jaki widzieliście. Ale rycerz miał magiczną tarczę, która zamieniała płomienie w róże." Mała dłoń Fenelli chwyta garść mojej spódnicy, trzymając się bez słów, i zastanawiam się, co ona rozumie, a czego jej bracia nie pojmują.
Opowiadam dalej, malując świat, w którym miłość pokonuje odległość i każdy zostaje wybrany na końcu. Mój głos łagodnieje, wpadając w rytm, od którego powieki stają się ciężkie. Głowa Tavisha opada na poduszkę, jego oddech już zwalnia.
Wtedy pada to pytanie, cichym, niepewnym głosem. "Gdzie jest nasz ojciec?"
Gardło zaciska mi się wokół powietrza, które nie chce przejść.
Lachlan siada. "Czy on jest rycerzem? Czy przynosi nam róże?"
Fenella patrzy mi w twarz, czytając ciszę lepiej niż słowa.
Przećwiczyłam tę odpowiedź, aż stała się gładka. "Wasz ojciec to odważny człowiek, robi ważne rzeczy. Wróci pewnego dnia."
"Kiedy?" dopytuje Lachlan, jego szczęka zaciska się w ten uparty sposób, na który patrzył siedem lat temu jego ojciec, gdy próbowałam wyjść, zanim się obudzi.
"Kiedy nadejdzie odpowiedni czas." Pochylam się i całuję Tavisha w czoło, potem Lachlana, potem Fenellę. Moje usta dotykają ich ciepłej skóry. "A teraz śpijcie. Jutro jest ważny dzień."
"Dlaczego nie możemy iść?" pytanie Tavisha jest przytłumione przez poduszkę, jego głos już rozmywa się ze zmęczenia.
"Bo potrzebuję, żebyście byli tu dzielni. Zrobicie to dla mnie?" Trzy powolne, senne skinienia głową. Nakrywam ich cienkim kocem i wstaję.
Zdmuchuję świecę i zostawiam uchylone drzwi, wsłuchując się w ich oddechy, które zwalniają i układają się w rytm snu. Jutro wszystko się zmieni. Jutro wejdę do szlacheckiego domu pod pożyczonym nazwiskiem i będę udawać, że tam należę.
Powóz przyjeżdża tuż po świcie, gdy niebo jest jeszcze szare i niezdecydowane. Ubrałam się w to, co mam najlepszego — szarą suknię, którą Bridei dała mi w zeszłym miesiącu, dwa razy cerowaną, prostą, lecz czystą. Dzieci kurczowo trzymają się moich spódnic, dopóki gospodyni Bridei nie odciąga ich siłą.
Twarz Fenelli wykrzywia się od płaczu. Nie oglądam się. Jeśli się obejrzę, zostanę.
Bridei siedzi naprzeciwko mnie, jej postawa jest nieskazitelna nawet na wyboistej drodze. Jest ode mnie starsza o dziesięć lat, księżna, wdowa, jedyny powód, dla którego nie szoruję już podłóg.
Powóz rusza gwałtownie.
"Powiedz mi, jak się nazywasz." Jej głos ma ten sprawdzający ton, którego używa przy odmianach łacińskich.
"Mairead Dunmore." Odpowiedź pada automatycznie.
"Źle. Spróbuj jeszcze raz."
Wypuszczam powietrze, zmuszając kłamstwo przez zaciśnięte zęby. "Mairead Farren." Imię brzmi w moich ustach obco.
"Lepiej. Kim był twój mąż?" Jest nieustępliwa, ćwiczy mnie jak dowódca żołnierzy przed bitwą.
"Thomas Farren, kowal z twojego majątku. Dobry człowiek. Zmarł dwa lata temu." Słowa płyną teraz szybciej, wyćwiczone.
"Jak?" Jej spojrzenie nie drga.
"Gorączka." Kłamstwo jest proste.
"Dzieci?"
"Troje. Tavish, Lachlan, Fenella. Sześć lat."
"Wykształcenie?"
"To ty mnie wykształciłaś. Byłam towarzyszką twojej najstarszej córki od dziewiątego do piętnastego roku życia. Umiem czytać, pisać, prowadzić rachunki."
"Dlaczego starasz się o to stanowisko?"
"Potrzebuję pracy. Troje dzieci do wykarmienia." Prosto, bezpośrednio, z taką desperacją, jaką mogłaby mieć każda wdowa.
"Dobrze. Nie rozwijaj, jeśli nie zostaniesz przyciśnięta do muru." Odsuwa się do tyłu, powóz kołysze się pod nami. "Lady Catriona otrzymała moje polecenie dwa dni temu. Księżna ręcząca za damę ze swojego własnego domu—nie zakwestionuje tego od razu, ale w końcu zacznie się interesować."
Jej spojrzenie twardnieje i widzę kalkulację pod pozorną hojnością. "Jeśli się pomylisz, jeśli wspomnisz o swoim prawdziwym ojcu albo prawdziwych okolicznościach, wszystko się wali. Nie tylko dla ciebie—dla mnie też." Groźba wisi między nami, ostra i wyraźna.
Moje dłonie złożone są w moich kolanach, ściskają się wzajemnie tak mocno, że kostki bieleją.
"Rozumiem." Słowa wychodzą równo, ale dłonie mam spocone.
"To powtórz. Wszystko." Osiada wygodnie z założonymi rękoma, czekając, aż udowodnię, że nie będę tą, która zburzy tę misternie budowaną historię.
Powtarzam. Powtarzam, aż słowa przestają więznąć mi w gardle, aż osiadają w moich ustach bez walki o wydostanie się na zewnątrz.
Majątek Morvaine wyrasta przede mną za oknem powozu—sam kamień i symetria, większy niż cokolwiek, w czym mieszkałam, większy niż cokolwiek, do czego wchodziłam bez mopa w ręku. Żołądek ściska mnie tak mocno, że aż boli.
Bridei sięga przez przestrzeń między nami i dotyka mojego nadgarstka. "Tu jest twoje miejsce. Uwierz w to." Jej głos zmiękł odrobinę.
Nie wierzę, ale kiwam głową, bo czasem udawanie jest tym samym co przetrwanie, a ja udaję od siedmiu lat.
Przy drzwiach wita nas służąca—starsza kobieta z żelaznoszarą fryzurą ściągniętą tak mocno, że twarz wydaje się surowa, choć oczy nie są nieżyczliwe.
"Księżna Farren i pani Farren?" Jej głos jest neutralny, profesjonalnie uprzejmy.
"Mamy umówione spotkanie z Lady Catrioną." Ton Bridei przechodzi w arystokratyczny rejestr, jakiego używa w interesach, cała serdeczność wyparowuje w formalizm.
"Lady Catriona jest niedysponowana. Jej syn przeprowadzi rozmowę w jej imieniu." Coś mignęło na twarzy służącej—może litość, a może ostrzeżenie. Puls przyspiesza.
Dłoń Bridei zaciska się na jej woreczku, skóra trzeszczy pod uściskiem. Nie lubi niespodzianek, zwłaszcza takich, które zmieniają zasady, gdy już się zaangażowała. Ja też nie.
Idziemy za służącą przez korytarze wyłożone portretami—pokolenia Morvainów spoglądają na nas ze złoconych ram.
Salon znajduje się na końcu korytarza, w którym unosi się delikatny zapach wosku pszczelego i starego bogactwa. Służąca otwiera drzwi, jej dłoń pewnie spoczywa na mosiężnej klamce.
"Pani Farren i księżna Farren." Odsuwa się, byśmy mogły wejść.
Mężczyzna wstaje z fotela przy kominku. Wysoki, barczysty, ciemne włosy opadają lekko na czoło. Niebieskie oczy, które ostatni raz widziałam w blasku świec, gdy moja sukienka leżała jeszcze na podłodze tawerny w Carvenmoor. Moje płuca zapominają, jak się oddycha.
Bridei coś mówi obok mnie, przedstawia się z wprawną łatwością kogoś, kto robił to tysiące razy. Ale dźwięk jest odległy, zagłuszony przez szum w uszach.
Wzrok zwęża mi się na jego twarzy—linii szczęki, którą głaskałam palcami, ustach, które wypowiadały moje imię w sposób, jakiego nikt inny nie potrafił, ani przedtem, ani potem.
Domnall Morvaine. Ojciec moich dzieci. Człowiek, o którym kłamię od siedmiu lat, duch, którego noszę w piersi za każdym razem, gdy Tavish pyta, gdzie jest jego ojciec.
Podnosi wzrok znad uprzejmej odpowiedzi, którą właśnie formułował dla Bridei, jego spojrzenie pada na mnie. Zastyga w pół ruchu, dłoń wciąż półwyciągnięta na powitanie. Usta rozchylają się, jakby chciał coś powiedzieć, ale nie wydobywa się żaden dźwięk.
Cisza trwa zbyt długo—na tyle, by Bridei zerknęła między nami, marszcząc brwi zdezorientowana, na tyle, by służąca niespokojnie przesunęła się w drzwiach.
W końcu mówi jedno słowo, szorstko i z niedowierzaniem.
"Ty?.."

Three Little Secrets from My King
30 Rozdziały
30
Treść

Zapisz

My Passion
Copyright © 2026 Passion
XOLY LIMITED, 400 S. 4th Street, Suite 500, Las Vegas, NV 89101