

Opis
Piec lat temu Valentine Moretti porzucil przy oltarzu mezczyzna z mafijnej rodziny Falcone - zostawil ja stojaca w sukni slubnej, gdy deszcz lal jak z cebra, a jego ludzie nawet nie zgodzili sie odwiezc jej do domu. Przysiegla sobie, ze juz nigdy nie zblizy sie do mafii. Jednak kiedy diagnoza nowotworu u jej matki przynosi rachunek, ktorego nie jest w stanie oplacic, Valentina podejmuje desperacka decyzje: bierze udzial w podziemnej aukcji, gdzie kobiety oferuja sie jako towarzyszki poteznym rodzinom mafijnym na jeden rok. Pieniadze moglyby uratowac zycie jej matki. Zwycieski zaklad sklada Dom Falcone - ta sama rodzina, ktora zniszczyla ja piec lat temu. Teraz Valentina musi przetrwac rok, pracujac dla ludzi, ktorzy zlamali jej serce, podczas gdy tajemniczy szef, ktory wykupil jej kontrakt, wydaje sie wiedziec o niej znacznie wiecej, niz powinien wiedziec obcy.
Rozdział 1
Feb 27, 2026
[Perspektywa Valentiny]
* Pięć lat temu *
Suknia ślubna to błąd. Wiem to w chwili, gdy widzę siebie w lustrze—cała w białych koronkach i naiwnej optymizmie, jakbym przebierała się za kogoś, kto ma życie poukładane.
Welon leży krzywo na mojej głowie, bo ani Mama, ani ja nie wiemy, co z nim zrobić. Improwizujemy. Historia mojego życia.
"Nie ruszaj się, tesoro," mówi Mama, palcami poprawiając materiał. Przez dziesięć minut próbuje ułożyć to coś i wciąż wygląda jak dekoracyjny abażur przeżywający kryzys tożsamości. "Już. Pięknie."
Odwracam się do niej, a spojrzenie w jej oczach ściska mi żołądek.
To to samo spojrzenie, które miała, gdy zmarł Tata. Jakby patrzyła, jak coś cennego wymyka się powoli z rąk, podczas gdy wszechświat odmawia naciśnięcia pauzy.
"Mamo, nie zaczynaj."
"Nic nie powiedziałam." Wygładza nieistniejące zagniecenia na mojej sukni, co w Kodzie Włoskiej Matki oznacza powiedzenie wszystkiego bez przerywania milczenia.
To jak emocjonalny alfabet Morse’a, a ja jestem biegła.
"Myślisz to tak głośno, że słyszę aż stąd. Dosłownie odbija się echem." Łapię jej dłonie, zatrzymując je. "Wiem, co chcesz powiedzieć."
"Tak?" Patrzy mi w oczy, a pod smutkiem czai się stal. "Czy naprawdę wiesz, kim jest Dante Romano, Valentina? Czym zajmuje się rodzina Falcone?"
Sposób, w jaki wypowiada jego imię, jakby miało gorzki smak, mówi mi dokładnie, jak potoczy się ta rozmowa.
"On nie jest taki jak oni," mówię, i Boże, nawet ja słyszę, jak dziecinnie to brzmi.
Dwadzieścia lat i absolutna pewność, że odkryłam sposób na naprawienie złych chłopców samą miłością.
"Obiecał, że po ślubie odejdzie z interesów, ale on przecież nie jest nikim ważnym, tylko egzekutorem, więc to nie będzie wielka sprawa. Wyjedziemy, zaczniemy od nowa..."
"I miłość zwycięży wszystko?"
Śmiech Mamy jest ostry jak brzytwa.
"Masz dwadzieścia lat, figlia mia. Myślisz, że miłość to bajka z gwarantowanym szczęśliwym zakończeniem." Robi pauzę. "Myślisz, że dobre serce i ładna buzia mogą przeprogramować mężczyznę wychowanego w krwi i przemocy."
"On jest inny."
"On jest Falcone." Ściska moje ramiona, palce wbija mocno, choć to technicznie nieprawda, bo jest Romano, ale wiem, że chodzi jej o rodzinę. Jestem po prostu zbyt zdenerwowana, by próbować żartować.
"Twój ojciec byłby z ciebie taki dumny. Taka piękna, taka pełna nadziei. Ale też zamknąłby cię w tym pokoju, zanim pozwoliłby ci wyjść za kogokolwiek z tej rodziny."
Te słowa bolą jak policzek. Otwieram usta, żeby zaprzeczyć, bronić Dantego, wyjaśnić, że nie rozumie tego, co nas łączy—gdy nagle spod okna dobiega warkot silnika.
Zerkam przez szybę i widzę go. Czarny, elegancki, pewnie kosztuje więcej niż nasz dom. Dwóch mężczyzn w ciemnych garniturach wysiada, twarze mają tak pozbawione wyrazu, jakby startowali do służb specjalnych.
To już czas.
Mama ściska mocniej moje ramiona, zanim mnie puszcza.
"Jeszcze nie jest za późno", szepcze. "Możesz się jeszcze rozmyślić."
Zamiast odpowiedzieć, całuję ją w policzek, przerywając jej kolejną czarną wróżbę. "Kocham cię, Mamo. Ale jego też kocham."
Chwytam bukiet z białych róż i jej dłoń, prowadząc nas do drzwi, zanim moja determinacja zdąży się wyprowadzić.
Marco nic nie mówi, otwierając drzwi do auta. Jest jednym z tych dobrych, rzadki przypadek w tej rodzinie—zrobił dla mnie wiele drobnych rzeczy, gdy Dante poprosił.
Nawet się cieszę, że go widzę. Uśmiecha się do mnie, gdy samochód rusza, a ja odwzajemniam uśmiech, zdenerwowana, ściskając dłoń Mamy.
Kaplica jest piękna, kiedy dojeżdżamy—zimna i onieśmielająca, w taki sposób, że masz wrażenie, jakby sam budynek po cichu podważał wszystkie twoje życiowe decyzje. Witraże rzucają kolorowe światło na drewniane ławy, zapełnione mężczyznami w czarnych garniturach.
Nie rodzina. Nie przyjaciele. Po prostu żołnierze.
To mniej ślub, bardziej mafijna narada w lepszej akustyce.
Mama siada w pierwszej ławce, różaniec owijając wokół kostek palców jakby szykowała się do duchowej walki. Modli się. Pewnie o to, bym nagle nabrała zdrowego rozsądku.
Zajmuję miejsce przy ołtarzu i czekam. Ksiądz posyła mi niezręczny uśmiech, który krzyczy: "Już widziałem ten film i nie kończy się dobrze".
Odprawiał już śluby dla rodziny Falcone, powiedział Dante. Wie, jak to wygląda—szybko, sprawnie, prawnie wiążąco, zanim ktokolwiek zdąży przemyśleć swoje kiepskie decyzje.
Tyle że Dante tu nie ma.
Mija pięć minut. Potem dziesięć. Ksiądz przestępuje z nogi na nogę, zerkając w stronę drzwi, jakby przegapił jakąś ważną informację. Ja patrzę przed siebie, z uśmiechem przyklejonym do twarzy.
W porządku. Pewnie się spóźnia.
Może utknął w niespodziewanym korku. Albo zatrzymał się, by uratować szczeniaka.
Piętnaście minut. Dwadzieścia. Mężczyźni w garniturach coraz częściej zerkają na zegarki. Szepty przebiegają przez ławki, gdy wzrok mamy odnajduje mój po drugiej stronie przejścia.
Jej wyraz twarzy mówi to, czego usta nie wypowiadają: A nie mówiłam.
Trzydzieści minut. Deszcz na zewnątrz bębni o bajkowe okna.
Godzina. Stopy mnie bolą, a jestem prawie pewna, że mój bukiet właśnie złożył pozew o rozwód.
Ksiądz porzucił wszelkie pozory i teraz otwarcie wpatruje się w drzwi, jakby próbował przywołać Dantego siłą woli. Goście—jeśli można tak nazwać pokój pełen mafiosów—zaczynają wychodzić.
Nie patrzą na mnie, gdy odchodzą. To prawie miłe. Jakby wspólnie postanowili udawać, że nie stoję tu, ubrana jak niechciana figurka z tortu.
Mama podchodzi powoli i ostrożnie, jakby zbliżała się do rannego zwierzęcia. "Valentina", mówi łagodnie. "Powinnyśmy już iść do domu."
"On przyjdzie." Mój głos brzmi dziwnie, zbyt wysoki i cienki. "Coś musiało się stać. Jakaś nagła sprawa. Nie zostawiłby mnie przecież—"
"Tesoro…"
"On przyjdzie."
Marco podchodzi do nas z łagodnymi oczami, co wydaje się być wadą konstrukcyjną u kogoś, czyja praca prawdopodobnie obejmuje "budzenie grozy". Na jego twarzy pojawia się coś, co może być współczuciem albo wyrazem kogoś, kto przegrał w losowaniu.
"Panno Moretti", mówi cicho. "Przykro mi, ale ślubu nie będzie."
Te słowa początkowo nie mają sensu. Są po angielsku, którym mówię biegle, ale mój mózg odmawia przetłumaczenia ich na coś zrozumiałego.
"Co? Dlaczego? Gdzie jest Dante? Czy coś mu się stało? Coś się wydarzyło—"
"Nie mogę pani powiedzieć." Wygląda naprawdę przepraszająco, co tylko pogarsza sprawę. "Nie wiem wszystkiego. Po prostu dostaliśmy polecenie."
"Polecenie? Czyje polecenie?" Mój głos łamie się. "Dantego? Czy szefa?"
Szefa, don, tego, który podejmuje decyzje. To na pewno on, to nie może być Dante...
"Dlaczego…" Mój głos się podnosi. "Zabierzcie mnie do Dantego. Muszę z nim porozmawiać."
"To od Dantego, ale, proszę pani, ja nie mogę…"
Słowa tłuką się w mojej głowie wokół tego odkrycia. Kręci mi się w głowie.
"To zabierzcie nas do domu." Nienawidzę, jak bardzo brzmię desperacko. Jak bardzo czuję się mała. "Proszę. Na zewnątrz pada deszcz. Po prostu zabierzcie nas do domu."
Spogląda przez ramię na pozostałych żołnierzy stojących w drzwiach. Między nimi przemyka coś—milcząca komunikacja w języku przemocy i hierarchii.
Gdy znów patrzy na mnie, jego oczy są pełne żalu, ale szczęka pozostaje zaciśnięta.
"Tego też nie mogę zrobić. Nie mam pozwolenia." Bezradnie rozkłada ręce. "Przykro mi. Naprawdę. Ale mam związane ręce."
I oto jest. Prawda obnażona do kości. Nie jestem rodziną. Nie jestem nikim. Jestem tylko dziewczyną, która czekała przy ołtarzu jak idiotka, podczas gdy mężczyzna, którego kocham, uznał, że nie warto się pojawić.
Mama obejmuje mnie za ramię, jej uchwyt jest stanowczy, lecz delikatny. "Chodź, figlia. Idziemy do domu."
Deszcz uderza mnie, gdy tylko wychodzimy na zewnątrz, zimny i bezlitosny. W kilka sekund moja sukienka jest przemoczona, koronka przykleja się do skóry. Welon wisi smętnie, podczas gdy tusz do rzęs spływa mi po policzkach czarnymi strużkami.
Mama idzie obok mnie w milczeniu. Nie mówi "a nie mówiłam". Nie mówi nic. Moja sukienka ciągnie się po kałużach, biała tkanina szarzeje. Za nami kaplica pogrąża się w ciemności. Mężczyźni odjeżdżają na jakieś sprawy, które odciągnęły Dantego.
Przyszłam tu wierząc w bajki.
Wychodzę, wiedząc dokładnie, jak bardzo to było głupie.
Ale najśmieszniejsze jest to, że za pięć lat wciąż będę go za to nienawidzić. Czego jeszcze nie wiem, to że wtedy będę dla niego pracować.
Ale to już koszmar dla Przyszłej Valentiny.

Tied to My Ex
30 Rozdziały
30
Treść

Zapisz

My Passion
Copyright © 2026 Passion
XOLY LIMITED, 400 S. 4th Street, Suite 500, Las Vegas, NV 89101