

Opis
Uroczy nieznajomy. Namietne polaczenie. Znikniecie, ktore zostawilo ja w ciazy, samotna i szukajaca mezczyzny, ktory nigdy nie istnial. Teraz, jako samotna matka blizniaczek, Daphne odbudowala swoje zycie od podstaw. Nie potrzebuje bajki - potrzebuje wyplaty. Kiedy w koncu zdobywa wymarzona prace jako asystentka zarzadu, jest gotowa udowodnic swoja wartosc. Wtedy poznaje swojego nowego szefa. Xander Hale jest miliarderem i dyrektorem generalnym o reputacji czlowieka trudnego do zadowolenia. To rowniez ten sam mezczyzna, ktory podal jej falszywe nazwisko i zniknal przed switem - ojciec, ktorego jej corki nigdy nie poznaly. On nigdy nie moze poznac prawdy. Ale sekrety maja tendencje do wychodzenia na jaw. Zwlaszcza gdy uroczy biznesowy rywal Xandera, Archie, oferuje wszystko, czego Xander nie daje - cieplo, szczerosc i nieskomplikowana czulosc. A teraz dwoch wplywowych mezczyzn walczy o jej serce i o jej blizniaczki.
Rozdział 1
May 15, 2026
[POV Daphne]
Poranek zaczął się rozsypywać, zanim jeszcze porządnie otworzyłam oczy.
— Mamusiu, zróbmy naleśniki! — głos Niny przeszył mieszkanie jak alarm pożarowy. Znalazłam ją w kuchni, buszującą w szufladach.
— Nie mamy dziś czasu na naleśniki. Dziś jest wielki dzień mamy, mam rozmowę kwalifikacyjną do nowej pracy, pamiętasz? Mówiłam ci o tym wczoraj wieczorem.
— Nie obchodzi mnie twoja praca. — Wysunęła dolną wargę. — Chcę naleśniki!
Zanim zdążyłam odpowiedzieć, w drzwiach pojawiła się Lisa, jej twarz była zgnieciona od troski. — Mamusiu, nie mogę znaleźć moich fioletowych butów. Potrzebuję fioletowych butów.
— A co z różowymi? Różowe są ładne.
— Nie! — Oczy Lisy zaszkliły się od łez. — Tylko fioletowe. Fioletowy to mój szczęśliwy kolor.
Spojrzałam na zegar na najbliższej ścianie.
Czterdzieści pięć minut do momentu, gdy musiałam przejść przez drzwi tego biura. Czterdzieści pięć minut, by nakarmić dwie uparte czterolatki, ubrać je, przejechać przez całe miasto i jakoś wyglądać na kompetentną profesjonalistkę, godną zatrudnienia.
— Dobrze. Dobrze, znajdę buty. — Upadłam na kolana i zajrzałam pod kanapę. Jeden fioletowy but, pokryty kłębkami kurzu.
Przeszukałam salon, pokój dziewczynek, pod ich łóżkami. Nic. Nina w tym czasie energicznie chlapała owsianką na stół łyżką. Udawałam, że tego nie widzę, bo nie miałam czasu na tę walkę.
Łazienka. Czemu łazienka? Ale tam był — drugi fioletowy but, leżący niewytłumaczalnie obok toalety.
Klęczałam, sięgając po niego, gdy cichy głos Lisy zatrzymał mnie w pół ruchu.
— Mamusiu, dlaczego nie mamy tatusia jak inne dzieci?
Moja dłoń zamarła na bucie. Pytanie zawisło w powietrzu, niewinne i niszczące — nóż wsunięty między żebra z delikatnością, na jaką stać tylko czterolatkę.
Odwróciłam się, widząc ją stojącą w progu, kciuk unoszący się w pobliże ust, ciemne oczy szerokie i szczere. Oczy, które wyglądały dokładnie jak czyjeś inne.
— Co masz na myśli, kochanie? — Mój głos zabrzmiał pewniej, niż się spodziewałam.
— Emma w przedszkolu ma tatusia. I Zosia. — Dolna warga Lisy zadrżała. — A my nie. Czy nasz tatuś nas nie chciał?
Te słowa uderzyły mnie jak cios fizyczny. Jak mogłabym jej to wytłumaczyć? Jak wyjaśnić coś, czego sama nie wiem? Pewnie mnie nie chciał, bo odszedł zbyt wcześnie, by nawet dowiedzieć się o naszych dziewczynkach.
Przyciągnęłam ją do siebie, wtuliłam twarz w jej ciemne włosy, oddychając przez ból w piersi.
— Nasza rodzina jest idealna taka, jaka jest — wyszeptałam. — Mama kocha ciebie i Ninę wystarczająco za stu rodziców. Wiesz o tym, prawda?
Lisa przytaknęła, tuląc się do mojego ramienia, małe palce zaciskając na mojej koszuli. — Wiem, mamo.
Ale to pytanie zostało mi w piersi jak siniak, gdy pomagałam jej założyć fioletowe buty.
Usłyszałam huk z kuchni.
Mój kubek z kawą. Mój pełen kubek kawy, przewrócony przez wymachującą rękę Niny podczas jej protestu przy owsiance, teraz rozlewał brązową rzekę po blacie i spływał po przodzie starannie wybranej białej bluzki.
Stałam przez chwilę, kawa kapała mi na buty, i przypomniałam sobie, że płacz nie pomoże.
— Mamusiu, jesteś brudna — zauważyła Nina.
— Tak. Dziękuję, Nino. Zauważyłam.
Strój awaryjny — lekko pognieciona szara marynarka i czarne spodnie, które miałam zamiar wyprasować, ale nigdy się do tego nie zabrałam — musiał wystarczyć.
Przebrałam się w trzy minuty, wcisnęłam dziewczynki w kurtki i jakoś zdołałam zapiąć je w fotelikach samochodowych, będąc tylko dwadzieścia minut w plecy względem planu.
— Mamusiu, czemu jedziesz tak szybko? — spytała Lisa z tylnego siedzenia.
— Nie jadę szybko, kochanie. Jadę efektywnie.
— Co to znaczy efektywnie?
— To znaczy, że mama stara się nie zwariować.
Odwiozłam je do przedszkola w pośpiechu, całując w biegu i obiecując, że odbiorę je punktualnie. Pięć lat tego — pięć lat bycia dla nich wszystkim, rozciągania się tak cienko, że zapomniałam, jak to jest być całą.
Ale ta praca mogła to zmienić. Ta praca oznaczała stabilizację.
Prawdziwa wypłata zamiast ledwo wiążących koniec z końcem zleceń freelance, które ledwo wystarczały na czynsz. Ubezpieczenie zdrowotne dla dziewczynek. Szansa, by odbudować choć część siebie sprzed nieprzespanych nocy i niekończących się napadów histerii u maluchów, które mnie wyniszczyły.
Budynek sprawił, że poczułam się mała od chwili, gdy tylko przekroczyłam próg. Marmurowe podłogi, lustrzane windy, pracownicy poruszający się z cichą, pewną siebie efektywnością w dopasowanych ubraniach i zdecydowanych krokach.
Poprawiłam pogniecioną marynarkę i próbowałam wyprostować się jeszcze bardziej. Wszystko we mnie wydawało się nie na miejscu—zaniedbane, niepasujące, jakbym przez pomyłkę zabłądziła do cudzego życia.
Czekając na HR przy recepcji, usłyszałam, jak dwie asystentki szeptały w pobliżu.
— Słyszałaś? Xander Hale odrzucił w zeszłym tygodniu trzech kandydatów — powiedziała jedna, kręcąc głową. — Trzech. Wszyscy idealnie wykwalifikowani.
Druga kobieta poważnie skinęła głową. — On jest nie do zadowolenia. Pamiętasz Sarah? Doprowadził ją do łez już drugiego dnia.
Wymieniły porozumiewawcze spojrzenia, a mój żołądek ścisnął się boleśnie. Imię nic mi nie mówiło, ale ich ton wystarczył, by namalować obraz, który mi się nie spodobał.
HR pojawiła się, zanim zdążyłam się bardziej nakręcić—kobieta o łagodnej twarzy, Patricia, która uśmiechała się naprawdę szczerze. — Pani Carter? Proszę za mną. Pan Hale już na panią czeka.
Poprowadziła mnie na najwyższe piętro przez korytarz ozdobiony dużymi czarno-białymi fotografiami. Korporacyjne osiągnięcia. Uroczystości wręczania nagród. Mężczyźni w garniturach ściskający sobie dłonie, odbierający plakiety.
Jeden obraz sprawił, że znieruchomiałam w pół kroku.
Serce waliło mi tak mocno, że byłam pewna, że Patricia musiała to usłyszeć. Mężczyzna stał przy mównicy—ostre rysy, ciemne włosy, nieustępliwe spojrzenie i znajome napięcie w szczęce.
Znałam tę twarz. Znałam ją bardzo dobrze, choć widziałam ją tylko przez jedną noc pięć lat temu.
Nieznajomy z baru. Mężczyzna, przy którym pierwszy raz w życiu poczułam się dostrzeżona i pożądana. Który zniknął przed świtem, zostawiając tylko fałszywe imię i nieaktywny numer telefonu.
Który dał mi Ninę i Lisę, nawet o tym nie wiedząc.
— Pani Carter? — Patricia obejrzała się z niepokojem malującym się na jej twarzy. — Wszystko w porządku?
Wymusiłam uśmiech, odrywając wzrok od fotografii. — Tak, oczywiście. Przepraszam. Po prostu… podziwiam wystrój.
Musiało to brzmieć idiotycznie. Tacy mężczyźni jak on, niechlujni, czarujący nieznajomi z barów, nie zostają miliarderami i prezesami. To było tylko podobieństwo. Świat jest pełen ciemnowłosych mężczyzn o przenikliwym spojrzeniu. To nic nie znaczyło.
Prawda?
Dotarłyśmy do narożnego biura. Patricia zapukała raz, wypowiedziała moje nazwisko i wyszła, zostawiając mnie z pokrzepiającym uśmiechem. — Pan Hale sam panią poinstruuje. Powodzenia.
Drzwi cicho się zatrzasnęły za mną.
Mężczyzna stał przy oknie, tyłem do mnie, z telefonem przy uchu. Wysoki. Szerokie ramiona. Drogi garnitur.
— Nie obchodzi mnie harmonogram — powiedział niskim, stanowczym głosem. — Po prostu to zróbcie.
Ten głos.
Moje serce ścisnęło się. Znałam ten głos. Szeptał moje imię w ciemnym hotelowym pokoju, czułam jego wibracje na własnej skórze.
Zakończył rozmowę i powoli się odwrócił. Gdy nasze spojrzenia się spotkały, czas jakby stanął w miejscu.
To był na pewno on, bez wątpliwości. Starszy teraz, ostrzejszy, zarost zastąpiły wyraźne linie i aura władzy, której wcześniej nie widziałam. Ale nie dało się go pomylić. Te same ciemne oczy. Ta sama intensywność, przez którą kiedyś czułam się jedyną kobietą na świecie.
Na jego twarzy przemknęło zaskoczenie—pęknięcie w wypolerowanej fasadzie, krótkie jak uderzenie serca. Ale zauważyłam to.
Delikatne rozszerzenie oczu, niemal niezauważalne rozchylenie warg, sposób w jaki zesztywniał, jak drapieżnik, który właśnie dostrzegł coś niespodziewanego na swoim terytorium.
Zrobił krok do przodu, a ja musiałam walczyć z odruchem cofnięcia się. Studiował moją twarz z niepokojącą uwagą—jego wzrok przesuwał się po moich rysach, jakby porównywał je z jakimś wspomnieniem, zapamiętując każdy szczegół.
Linia mojej szczęki. Kształt ust. Oczy, które patrzyły na niego w przyciemnionym hotelowym pokoju pięć lat temu…
— Czy my się… już kiedyś spotkaliśmy? — zapytał.
Zaschło mi w ustach. Ale stałam jak sparaliżowana, z bijącym sercem, gdy prawda spadła na mnie jak fala.
Mój potencjalny szef był ojcem moich dzieci.

Two Little Secrets From My Boss
245 Rozdziały
245
Treść

Zapisz

My Passion
Copyright © 2026 Passion
XOLY LIMITED, 400 S. 4th Street, Suite 500, Las Vegas, NV 89101