

Opis
Stala przy oltarzu i patrzyla, jak ksiaze, ktorego kochala, poslubia inna kobiete. Przygotowala kwiaty. Zapiela suknie. Przez wszystko usmiechala sie - bo wlasnie to robi guwernantka. Jest uzyteczna, niewidzialna, i nie pragnie rzeczy, do ktorych nie ma prawa. Rose Lancaster cale zycie spedzila jako ta, ktora dowiaduje sie ostatnia. Bez nazwiska wartego uznania. Bez rodziny, o ktorej warto wspomniec. Bez pozycji, by cokolwiek czy komukolwiek sie sprzeciwic. Az do smierci krola. Odczytano testament. I kobieta, ktora nie miala nic, okazuje sie miec wszystko - wlacznie z wrogami, o ktorych nie wiedziala, ze istnieja, i dworem, ktory juz zdecydowal, co z nia zrobic. Jest przewazona liczebnie, przechytrzona i calkowicie sama. Z wyjatkiem generala u swego boku. Opanowanego. Niespieszacego sie. Obserwujacego sale w sposob sugerujacy, ze juz wie, jak to sie skonczy. Ona nie wie, co on wie. Ale ma dosc bycia ta, ktora dowiaduje sie ostatnia.
Rozdział 1
May 15, 2026
Perspektywa Rosaline
"Oddasz mi się — naprawdę, całkowicie — tak jak ja gotów jestem poświęcić wszystko dla ciebie?"
Pytanie zawisło między nami, ciche i stanowcze, a ja przez tę chwilę nie byłam świadoma niczego innego — ani dogasającej świecy na kominku, ani dźwięków miasta sączących się przez zasłony, ani rażącej niestosowności mojego obecnego położenia, którym był prywatny pokój Edwarda Beaumonta.
Prywatny pokój księcia. Do którego ja, guwernantka bez szczególnego pochodzenia i jeszcze mniejszego znaczenia społecznego, zawitałam już czterokrotnie w ciągu ostatnich czterech miesięcy — fakt, który każde rozsądne oko uznałoby albo za romantyczny triumf, albo za katastrofalny brak rozsądku, zależnie wyłącznie od tego, jak to się zakończy.
Lady Audrey Lancaster nie nazwałaby tego ani jednym, ani drugim, bo zapewne zemdlałaby na miejscu, nie dochodząc do żadnego werdyktu, a na koniec zabrałaby mnie ze sobą w ostatnim akcie macierzyńskiego autorytetu.
Jego dłoń była ciepła na mojej szczęce. Jego wzrok nie drgnął nawet na moment.
Cztery miesiące spędziłam na obserwowaniu, jak Edward Beaumont patrzy na rzeczy — ten chłodny osąd podczas kolacji, ostrożną neutralność salonu, swobodę wyćwiczoną przez człowieka od dziecka nauczonego, by nie zdradzać niczego. Cztery miesiące czekałam na tę wersję Edwarda, której nie dostawał nikt inny.
To była właśnie ta wersja.
"Wierzysz mi?" — powiedział teraz ciszej.
Wierzyłam mu tak, jak wierzy się rzeczom zbyt dobrym, by były rozsądne — całą sobą, z przekonaniem, które wyprzedzało każdy rozsądny sprzeciw, jaki zdrowy rozsądek próbowałby ustawić w uporządkowanej kolejce.
Wierzyłam mu z zaciśniętymi pięściami na klapach jego porzuconego płaszcza. Wierzyłam mu wbrew każdemu instynktowi, który przez dwadzieścia dwa lata mojego życia w domu Lancasterów kazał mi być ostrożną, małą i niewidzialną.
"Tak," odpowiedziałam.
Coś się zmieniło w jego wyrazie twarzy — ostatnia warstwa ostrożnej konstrukcji opadła naraz. Pocałował mnie tak, jak nigdy wcześniej sobie nie pozwolił — bez tej szczególnej powściągliwości, do której się przyzwyczaiłam, bez tej półsekundowej pauzy, która zawsze sugerowała, że jakąś część siebie jeszcze zatrzymuje dla siebie.
Teraz nie było już żadnych rezerw. Jego dłonie były w moich włosach, a ja przestałam być rozsądna jakieś trzydzieści sekund wcześniej i nie miałam natychmiastowych planów, by do rozsądku powrócić.
Wyobrażałam to sobie. Przyznam, że wyobrażałam to sobie dość często, w zaciszu własnego pokoju, o takich porach, kiedy wyobraźnia jest jedyną wolnością dostępną guwernantce bez perspektyw i z niewygodnie podniesionymi uczuciami do księcia. Wyobraźnia, jak się okazało, była jednak nieadekwatna do zadania.
Jego usta były przy mojej szyi. Mój kręgosłup przestał funkcjonować jako kręgosłup i działał raczej jako ogólna sugestia.
"Drżysz," powiedział, przy mojej skórze.
"Wcale nie," odparłam, co było oczywistą nieprawdą, ale godność wymaga swoich ustępstw.
Zaśmiał się — cicho, intymnie, tym śmiechem, który katalogowałam przez cztery miesiące — i odsunął się, by spojrzeć na mnie z wyrazem twarzy, który zrobił coś katastrofalnego z moją równowagą. Jego kciuk musnął moją szczękę. Bez pośpiechu. Świadomie. Jakby naprawdę uważał, że zasługuję na taki rodzaj uwagi.
Nikt nigdy nie patrzył na mnie tak, jakbym zasługiwała na taki rodzaj uwagi.
Przyciągnęłam go z powrotem, bo sentymentalność w tym momencie wydała mi się nieefektywnym wykorzystaniem dostępnego czasu.
Świeca dogasała.
Później leżałam z głową na jego ramieniu i wsłuchiwałam się w miasto układające się w tę szczególną ciszę, która poprzedza świt, kiedy noc dobiegła już końca, a poranek jeszcze nie zaprzątnął sobie niczym głowy.
Oddech Edwarda spowolnił. Jego ramię obejmowało mnie z tą swobodną pewnością kogoś, kto już zdecydował i jest pogodzony ze swoją decyzją.
"Myślałem ostatnio," powiedział w ciszy.
"Książę, który myśli. Zawiadommy gazety."
Kącik jego ust drgnął. "Napiszę do ojca."
Znieruchomiałam.
"Odmówię tytułu," kontynuował tym samym niepokojąco spokojnym tonem, z którym zwykle mówił o wszystkim, jakby rozmawiał o pogodzie, a nie rozmontowywał całą konstrukcję swojego życia.
„Posiadłość, siedziba, wszystko. Zamierzam zabrać cię tam, gdzie żadne nazwisko rodzinne nas nie dosięgnie.”
Podparłam się, by spojrzeć mu prosto w oczy, uznając, że wypowiedź tej rangi zasługuje na przyjęcie jej na równym poziomie wzroku.
„Proponujesz, żebyśmy zostali zbiegami.”
„Proponuję wyspę.” Kącik jego ust zamienił się w właściwy uśmiech. „Dużo przyjemniejsze, sądzę. Gdzie nikt nie będzie ci mówił, ile jesteś warta ani czego ci nie wolno. Tylko my dwoje.”
Świeca rzucała jego cień długi i miękki na sufit. Moje gardło zrobiło coś niewygodnego, czego wolałam nie analizować zbyt dokładnie.
„Jest bardzo wiele wysp,” powiedziałam, bo najwyraźniej nie potrafiłam przyjąć niczego bez wcześniejszego rozpatrzenia wszystkich logistycznych komplikacji.
„Wiem o tym.” Uniósł moją dłoń do swoich ust. Nie był to występ — coś cichszego i o wiele bardziej niebezpiecznego. „Wybiorę odpowiednią.”
Szłam do domu przez szarą wczesnoporanną godzinę z tym szczególnym uczuciem osoby, która właśnie wkroczyła w życie, które naprawdę do niej należy.
Miasto jeszcze nie było obudzone, co stanowiło jego jedyny atut, bo obudzone miasto oznaczało obudzonych ludzi, a obudzeni ludzie mieli oczy, a oczy raportujące Lady Audrey Lancaster, że jej guwernantka wraca o świcie z nieujawnionego miejsca, prowadziłyby do konsekwencji od natychmiastowego zwolnienia po całkowite społeczne wymazanie.
Zwolnienie mnie byłoby w tej sytuacji aktem miłosierdzia. Trzymałam się ścieżki służby, omijałam wschodnią bramę, gdzie ogrodnik zaczynał pracę wcześnie, i dotarłam do bocznego wejścia z godnością w dużej mierze nienaruszoną i sercem zachowującym się w sposób zupełnie nieodpowiedni dla kobiety mojego stanu.
Victoria była już obudzona, gdy dotarłam.
Była jedyną osobą na świecie, która wiedziała — jedyną, której powiedziałam, jedyną, której ufałam na tyle, by powierzyć wiedzę, która mogłaby zburzyć całe moje życie, gdyby trafiła w niepowołane uszy.
Wychowywałyśmy się w tym samym domu, ona i ja, chociaż na zupełnie innych zasadach: ona jako córka domu, ja jako dziewczyna niepewnego pochodzenia, którą Lancasterowie przygarnęli i szybko wyznaczyli rolę.
Była, we wszelkim sensie, najbliższą mi osobą, jaką miałam za siostrę. Odłożyła haft, kiedy weszłam, spojrzała mi w twarz i ułożyła swoją własną w coś ciepłego i oczekującego.
„Wyglądasz... inaczej,” zauważyła.
„Muszę ci coś powiedzieć.”
Usiadłam na brzegu jej łóżka i opowiedziałam wszystko — o wyspie, liście do jego ojca, tytule, którego zamierzał się wyrzec, pytaniu, które mi zadał i odpowiedzi, którą mu udzieliłam.
Victoria słuchała, złożone dłonie spokojnie na kolanach, spojrzenie uważne i skupione, a gdy skończyłam, sięgnęła i ujęła moją dłoń w obie swoje.
„Zasługujesz na każde słowo,” powiedziała. „Na każde jedno.”
Wstałam, już w myślach układając list, który napiszę, zanim zasnę — jeśli w ogóle uda mi się zasnąć, co wydawało się optymistyczne, biorąc pod uwagę, że moje serce najwyraźniej przeniosło się gdzieś powyżej linii dachu.
Byłam już prawie przy drzwiach.
„Rose.”
Odwróciłam się.
Twarz Victorii pozostała ciepła, łagodnie pytająca, z tym szczególnym wyrazem, którego używała, gdy podejrzewała, że ktoś pominął coś oczywistego.
„I naprawdę wierzysz, że to zrobi?” Lekkie przechylenie głowy. „Książę. Oddający wszystko.” Cichy, serdeczny śmiech — taki, który pojawia się, gdy coś jest zbyt oczywiste, by wymagać komentarza. „Dla guwernantki.”
Zaśmiała się, jakby to była najbardziej naturalna obserwacja na świecie.
Ja też się zaśmiałam, bo byłoby dziwnie nie, i bo wciąż nie znałam nazwy tego, co zadziało się w mojej piersi, gdy to powiedziała.
Weszłam po schodach do swojego pokoju.
Słowo guwernantka towarzyszyło mi przez całą drogę na górę, ciche i precyzyjne jak kamień wrzucony do spokojnej wody, rozchodzące się bez pozwolenia.
Stałam przy oknie w bladej porannej poświacie, patrząc jak ogrody Lancasterów wynurzają się z szarości poniżej, i stanowczo przekonywałam samą siebie, że Victoria po prostu była realistką, a realistyczni ludzie są przydatni, i że pod żadnym pozorem nie pozwolę, by jedno ciepło wypowiedziane słowo zachwiało czterema miesiącami ostrożnej nadziei.
Byłam prawie przekonana.

Uncrowned Queen
30 Rozdziały
30
Treść

Zapisz

My Passion
Copyright © 2026 Passion
XOLY LIMITED, 400 S. 4th Street, Suite 500, Las Vegas, NV 89101