

Opis
Daphne spedzila dwa lata, probujac byc wystarczajaca dla swojego partnera, dziedzica Alphy, Connora Blackthorna - ale jest bezwilcza, slaba i nieustannie przynosi rozczarowanie. Kiedy publicznie odrzuca ich wiez na zgromadzeniu watahy, wybierajac inna kobiete na oczach wszystkich, Daphne sadzi, ze stracila wszystko. Jednak jej upokorzenie przyciaga uwage dwoch niebezpiecznych mezczyzn: brata Connora, Xandera, ktorego okrucienstwo moze skrywac cos mroczniejszego, oraz samego Alphy Hectora, ktorego nagle zainteresowanie bezwartosciowa omega rodzi pytania, ktorych nikt nie smie zadac. Gdy Daphne walczy o przetrwanie w stadzie, ktore oznaczylo ja jako zbedna, odkryje, ze niektore odrzucenia sa blogoslawienstwem w przebraniu - i ze prawda o tym, kim naprawde jest, moze zniszczyc ich wszystkich.
Rozdział 1
Nov 20, 2025
[Perspektywa Daphne]
Zmuszam się do szerszego uśmiechu, gdy dłoń Connora odnajduje moje lędźwie i przez chwilę, przez jedną krótką chwilę, pozwalam sobie uwierzyć, że dzisiejszy wieczór będzie inny. Że mój partner w końcu mnie zobaczy. Naprawdę zobaczy.
Dziewczynę, która kochała go od dziecka, która przez dwa lata próbowała wskrzesić małżeństwo martwe już w chwili narodzin.
Muzycy zaczynają tradycyjny taniec par, a Connor prowadzi mnie na środek zgromadzenia. Czuję na sobie wzrok każdego członka watahy — dziedzica Alfy i jego rozczarowującej partnerki.
Ćwiczyłam tygodniami, zapamiętując każdy krok aż do krwawiących stóp. Bo może, jeśli będę wystarczająco doskonała, wdzięczna, piękna — może dziś wieczorem przypomni sobie, dlaczego Bogini Księżyca wybrała nas dla siebie.
On po prostu się stresuje przejęciem watahy. Nie chce być oziębły. Daj mu czas, Daphne.
Kłamstwa, które sobie powtarzałam, stały się moją liną ratunkową.
Kiedy wracał do domu o świcie, śmierdząc whisky i obcymi perfumami, udawałam, że śpię. Kiedy w zeszłym miesiącu zapomniał o naszej rocznicy, przekonywałam samą siebie, że planował coś wyjątkowego, co nie doszło do skutku.
Kiedy nie dotknął mnie przez sześć miesięcy, obwiniałam siebie — może przytyłam, może muszę się bardziej starać. Może jeśli tylko będę kochać wystarczająco mocno za nas oboje…
"Wyglądasz dziś przystojnie" — szepnęłam, desperacko próbując rozbudzić coś w tych szmaragdowych oczach, w których kiedyś się topiłam.
Wybrałam tę sukienkę właśnie dlatego, że dokładnie pasowała do ich koloru — głęboka zieleń, która kiedyś mu się podobała. Nawet tego nie zauważa.
Jego szczęka się napina, ten mięsień, który znałam na pamięć jak znak ostrzegawczy. Silne palce ledwo muskają moją talię, jakby dotknięcie mnie go fizycznie brzydziło.
A jednak się uśmiecham. A jednak mam nadzieję.
"Pamiętasz nasz pierwszy taniec?" próbuję znów, cicho, z nutą wspomnienia. "Powiedziałeś, że wyglądam jak światło księżyca, że nie możesz się doczekać, aż—"
"Przestań gadać," burknął, rozglądając się po tłumie ponad moim ramieniem.
Pewnie szuka jej. Talii.
Pięknej, potężnej Talii z jej wdzięcznym czarnym wilkiem i perfekcyjnym śmiechem, który brzmi jak muzyka, a nie desperacja. Przyłapałam go, jak na nią patrzy, więcej razy, niż potrafię zliczyć.
Udawałam, że nie widzę, bo to właśnie robię. Udaję, przepraszam, staję się coraz mniejsza. Licząc na to, że może kiedy będę wystarczająco mała, w końcu stanę się akceptowalna.
Próbuję zatracić się w ruchu, w fantazji, że może dziś wieczorem będzie inaczej. Może dziś spojrzy na mnie tak, jak inni partnerzy patrzą na siebie.
Może dziś—
Moja stopa zaczepia się o rąbek sukienki. Potykam się, delikatnie, ciężar ciała przesuwa się na pierś Connora, a jego dłoń zaciska się na mojej talii.
"Postaraj się nie ośmieszyć mnie bardziej niż zwykle, kochanie," wysyczał ostatnie słowo prosto do mojego ucha.
Słowa tną mnie jak srebrne ostrza.
"Przepraszam," szepcę automatycznie, przeprosiny już na ustach zanim zdążę pomyśleć. "Nie chciałam—"
"Nigdy nie chcesz," przerywa mi, jego uśmiech ani na moment nie znika dla oglądających tłum. "A jednak zawsze ci się udaje."
"Wiem, przepraszam," szepczę, słowa automatyczne. "Po ceremonii moglibyśmy pójść nad jezioro. Jak kiedyś. Zrobiłam twoje ulubione—"
"Na litość Bogini, Daphne, czy ty kiedyś przestaniesz?"
Nie, nie mogłam. Zatrzymanie oznaczało pogodzenie się z tym, co wszyscy już wiedzieli — że mój partner mnie nie chce.
Melodia osiąga crescendo. To ten moment, gdy powinien mnie zanurzyć, pocałować, pokazać watasze, że nasza więź jest silna. Unoszę ramiona, gotowa opaść w jego ramiona jak zawsze, ufając, że mnie złapie.
Jego dłonie przesuwają się na moje ramiona i przez tę jedną piękną, głupią sekundę myślę, że przyciąga mnie bliżej. Ale pchnięcie rzuca mnie na ziemię.
Moje dłonie rozrywają się na surowo o ziemię, gdy uderzam z siłą, która wybija mi powietrze z płuc.
Muzyka urywa się w pół nuty. Cisza spada na zgromadzenie tak kompletna, że słyszę trzaskające ognisko, swoje własne urywane oddechy. Siedzę sparaliżowana na ziemi, sukienka rozlana wokół mnie, wpatrzona w twarz Connora.
I Bogini… Tam nie było nawet złości. Po prostu nic. Jakbym była niczym.
Patrzy na tłum, broda uniesiona, ramiona wyprostowane z autorytetem, którego nigdy wcześniej u niego nie widziałam.
"Ja, Connor Silvermoon, dziedzic Shadow Ridge Pack, odrzucam cię, Daphne, jako moją partnerkę i przyszłą Lunę."
Te słowa detonują w mojej piersi. Czuję, jak więź partnerska zaczyna się rozrywać i to nie jest czyste pęknięcie, o którym czytałam w opowieściach. To agonia.
Jak pazury rozszarpujące moją klatkę piersiową, rozrywające wszystko delikatne i żywotne. Zostawiając tylko surową, krwawiącą pustkę. Nie mogę oddychać. Nie mogę myśleć.
Nie mogę zrobić nic, tylko siedzieć tutaj i czuć, jak się rozpadam.
Connor wyciąga rękę w stronę tłumu, a Talia sunie do przodu, jej kremowa sukienka łapie światło ogniska. Bez wahania bierze jego dłoń, a on przyciąga ją do siebie z łatwością, która skręca mi żołądek.
"Ogłaszam Talię Summers moją prawdziwą partnerką," Connor oznajmia, a jego głos rozbrzmiewa po oszołomionym tłumie. "Jako dziedzic Alfy mam prawo i obowiązek wybrać najsilniejszą parę dla przyszłości watahy."
Wtedy zaczynają się szepty. Szmer szoku i osądu, który narasta z każdą sekundą.
"Biedaczka, ale mogła się tego spodziewać..." "Bez wilka w wieku dwudziestu dwóch lat? Czego się spodziewała?" "Rozkładanie nóg nie zatrzyma Alfy..."
Głos Alfy Hektora przecina szepty. "Connor, co tu się do diabła dzieje?"
Mój partner — mój były partner — odwraca się do ojca, a jego twarz zmienia się w coś okrutnego i sprawiedliwego.
"Nie zmarnuję życia na najsłabszą wilczycę w stadzie. Oziębłą, bezpłodną sukę, która nawet nie poznała swojego wilka." Pluje słowami jak jadem. "Nie będę przykuty do kogoś, kogo posuwałem tylko raz, bo rozłożyła nogi podczas rui lata temu."
W tłumie rozchodzi się fala westchnień. Przerażenie rozlewa się gorącem na mojej twarzy, szyi i piersi.
On im mówi. Mówi wszystkim o moim najintymniejszym wstydzie. Ale Connor kontynuuje, jego głos niesie się po całym zgromadzeniu.
"Dwa lata prób, a ona nawet nie potrafi dać mi dziecka!" Jego wargi wykręca obrzydzenie. "Mam obowiązek wobec watahy. Potrzebuję partnerki, która da mi silne potomstwo, a nie... ją."
Każde słowo to nóż. Każde kolejne wyznanie to kolejna warstwa mojej godności zerwana i wystawiona na publiczny widok.
Czuję, jak kawałki mnie umierają. Nie dramatyczną śmiercią w walce czy dla poświęcenia, ale małą, upokarzającą śmiercią bycia zdemaskowaną jako niegodną miłości.
Ktoś przebija się przez tłum i widzę, jak starszy brat Connora pojawia się niczym burza. Twarz Xandera wykrzywiona wściekłością, jakiej nigdy nie widziałam skierowanej na rodzinę.
"Ty pieprzony hańbo—" Jego pięść trafia Connora w twarz z trzaskiem odbijającym się od drzew.
Krew tryska z jego nosa, a on zatacza się do tyłu, szok zastępuje arogancję.
"To twoja partnerka!" Xander ryczy, chwytając Connora za kołnierz i potrząsając nim. "Nawet jeśli jest żałosna, ślubowałeś przed Boginią Księżyca, że będziesz ją chronić, a tak ją traktujesz? Jesteś żałosnym dziedzicem Alfy! Nie zasługujesz na żadną partnerkę!"
"Dość!" Rozkaz Alfy Hektora tnie powietrze jak bicz. Odszarpuje Xandera od Connora, fizycznie ich rozdzielając. "Obaj, przestańcie natychmiast!"
Potem jego dłoń ląduje pod moim łokciem, zaskakująco delikatnie, pomagając mi wstać. Jego palce muskają moje nagie ramię i coś miga w jego spojrzeniu.
Troska? Współczucie?
Nie umiem tego rozróżnić przez zasłonę łez, które za wszelką cenę próbuję powstrzymać.
"Daphne," zaczyna, ale ja nie mogę.
Nie mogę tu stać, gdy debatowana jest moja bezwartościowość. Nie mogę pozwolić im zobaczyć, jak się zupełnie rozsypuję.
Wyrywam się z delikatnego uścisku Alfy Hektora i uciekam.

Unwanted Luna
30 Rozdziały
30
Treść

Zapisz

My Passion
Copyright © 2026 Passion
XOLY LIMITED, 400 S. 4th Street, Suite 500, Las Vegas, NV 89101