

Opis
Evie Harper byla idealna grzeczna dziewczyna Westbridge High - az do dnia, w ktorym nazwali ja "V4L: Dziewica na Zawsze". Zdesperowana, by pozbyc sie przezwiska, ktore niszczy jej reputacje, decyduje sie na niewyobrazalne: szantazuje najniebezpieczniejszego szkolnego buntownika, by udawal jej chlopaka. Caleb Voss stawia jeden warunek ich ukladu - kiedy sie zlamie, bedzie musiala blagac. Na kolanach. Jednak gdy ich gra w udawanie zaczyna nabierac realnych barw, Evie odkrywa, ze utrata kontroli moze byc jedyna droga do odnalezienia siebie. A Caleb? Przekona sie, ze grzeczne dziewczyny nie zawsze graja fair.
Rozdział 1
Dec 4, 2025
POV Evie
„Perfekcyjne wyniki to nie kwestia szczęścia, to wybór” — szepczę do swojego odbicia w lustrze w damskiej łazience, ćwicząc uśmiech, którym obdarzę Noaha, kiedy powiem mu o jego wynikach z testu.
Palcami odnajduję różowy różaniec w przedniej kieszeni plecaka — ten, który tata dał mi na bierzmowanie — i szybko całuję, zanim schowam go pod skromną, białą bluzkę. Ten sam rytuał od gimnazjum, ta sama modlitwa o siłę.
Drzwi łazienki gwałtownie się otwierają i do środka wchodzi Madison Sinclair, jej spódnica podwinięta tak wysoko, że bardziej przypomina pasek. Nasze spojrzenia spotykają się w lustrze i uśmiecha się złośliwie na widok mojego kardiganu do kostek, na sposób, w jaki ściskam podręcznik do analizy matematycznej przy piersi.
— Wciąż ubierasz się jak zakonnica, Harper?
Coś we mnie pęka, ostro i niespodziewanie. — Ty za to wciąż ubierasz się, jakbyś brała za godzinę, Madison?
Słowa szokują mnie tak samo jak ją, ale nie cofam ich. Prostuję się, nawet jeśli dłonie drżą mi na zimnej porcelanie umywalki.
Śmiech Madison przecina szum jarzeniówek. — Przynajmniej nie umrę jako dziewica.
Zostawia mnie tam, mój krótki moment buntu wyparowuje w sterylnym powietrzu. Łazienka nagle wydaje się za mała, zbyt jasna, więc popycham drzwi i wychodzę na główny korytarz Westbridge High.
Tłum rozstępuje się wokół mnie, każdy pochłonięty własnym dramatem, a moje serce bije z czystej radości mimo słów Madison. Właśnie widziałam wyniki testu z matematyki wywieszone przy sali pana Petersona. Noah dostał 89.
Każde czwartkowe popołudnie w bibliotece się opłaciło — te wszystkie godziny spędzone nad pochodnymi i całkami, gdy bawił się moimi włosami i nazywał mnie genialną. Dostrzegam go przy jego szafce, otoczonego kolegami z rugby, złote włosy łapią poranne słońce wpadające przez wysokie okna.
Biegnę do niego. Naprawdę biegnę, moje rozsądne baleriny stukają o linoleum.
— Noah! — wołam, zadyszana i rozpromieniona. — Masz 89! Wiedziałam, że ci się uda.
Sięgam po jego dłoń, tę, która zwykle splata się z moją, gdy idziemy razem na lekcje. — Jestem z ciebie taka dumna. Z takimi wynikami oboje dostaniemy się na Yale, na pewno. Nasza przyszłość jest—
Wyrywa swoją dłoń tak gwałtownie, że aż się potykam. — Yale?
Jego śmiech jest ostry, teatralny, przeznaczony dla zbierającego się tłumu. — Serio, Evie, ty naprawdę jesteś za głupia, żeby to ogarnąć, prawda?
Korytarz się przechyla. Wszystko leci w bok. — Co?
Noah podchodzi bliżej i czuję miętową gumę, którą zawsze żuje, oraz perfumy, które kupiłam mu na urodziny w zeszłym miesiącu. — Te nasze sesje nauki? Nie chciałem pomocy z matmy, dziewico. Chciałem się pieprzyć.
To słowo uderza we mnie jak cios fizyczny. Podręcznik jeszcze mocniej przyciskam do piersi.
— Ale ty tylko siedziałaś z nogami zaciśniętymi, gadając o równaniach jak jakiś robot — ciągnie dalej, jego głos staje się coraz głośniejszy. — Miesiąc, Evie. Cały miesiąc trzymania się za ręce i słuchania, jak gadasz o Bogu i ocenach.
Śmiech zaczyna się cicho, rozchodzi się po tłumie falami. Marcus klepie Noaha po ramieniu, szczerząc się.
— Żałosne, stary. Cały miesiąc zmarnowany na V4L?
Ten pseudonim rozcina mnie na pół. Virgin for Life. Słyszałam to szeptem, ale nigdy prosto w twarz, nigdy od niego.
— Sesje nauki nie są do... to nie o to... — mój głos się łamie, zaciskam podręcznik mocniej, aż kostki bieleją. — Biblioteka jest do nauki, nie do...
Nawet nie potrafię wypowiedzieć tego słowa, przez co wszystko jest jeszcze gorsze. Ktoś parska śmiechem za mną.
— I to jest twój problem — Noah ogłasza, grając pod publiczkę. — Myślisz, że wszystko sprowadza się do zasad i bycia tatusiową idealną córeczką. Pewnie nawet planujesz sobie modlitwy.
— Założę się, że prysznic też ma rozpisany — ktoś się śmieje.
— Maksymalnie trzydzieści minut — dodaje inny głos. — Dłużej to już grzech.
Dzwonek rozbrzmiewa, ostry i nagły, ale Noah podnosi głos ponad niego. — Skończyliśmy, Evie. Mam dość bycia tym, który spotyka się z V4L. Mam dość udawania, że twoje lodowate trzymanie za rękę mi wystarcza.
Odwraca się do Madison, która patrzy z ledwo skrywaną satysfakcją, i przyciąga ją do siebie. — Chcesz jej pokazać, jak wygląda prawdziwa sesja nauki?
Chichot Madison śledzi mnie, gdy cofam się niezdarnie. Tłum rozstępuje się, wyciągając telefony, już nagrywając moją kompromitację. Ktoś zaczyna skandować „V4L, V4L”, inni dołączają, ten dźwięk goni mnie przez korytarz.
Różaniec pali mnie w pierś. Widzenie rozmazuje się od łez, których nie pozwolę sobie uronić — nie tutaj, nie dla nich — przebiegam obok stołówki śmierdzącej odgrzewaną pizzą, obok gabloty na trofea, gdzie zdjęcie Noaha z rugby uśmiecha się szyderczo, obok kaplicy, w której modlę się każdego ranka przed pierwszą lekcją.
Drzwi wyjściowe na klatkę awaryjną trzaskają za mną, stopy uderzają o metalowe schody w desperackim rytmie. Trzy piętra. Cztery. Pięć.
Drzwi na dach zacinają się, ale wpycham je ramieniem, łapczywie chwytając październikowe powietrze. Smakuje metalicznie, jak deszcz i rdza, i zakończenia. Dziedziniec rozciąga się sześć pięter poniżej, i przez jedną szaloną, przerażającą chwilę rozumiem, czemu ludzie skaczą.
Nie żeby umrzeć, ale żeby przestać czuć ten przygniatający ciężar, przez który skóra jest za ciasna, to upokorzenie, które zżera mnie od środka.
Podchodzę do krawędzi, moje rozsądne baleriny szurają po luźnym żwirze. Jedną ręką wciąż ściskam ten głupi podręcznik z analizy, z którego przed chwilą tak bardzo byłam dumna. Wiatr targa moją długą spódnicę wokół nóg, kiedy podchodzę bliżej, coraz bliżej.
Czubki palców stóp odnajdują krawędź. Łzy w końcu lecą, gorące i szybkie.
Wtedy to słyszę — niski, gardłowy jęk, który sprawia, że zamarzam. Zaraz potem kolejny, głębszy, surowszy, bardziej wilgotny. Przez wiatr przebija się dziewczęcy, załamany krzyk: „Mocniej, proszę, mocniej.”
Te dźwięki nie należą do mojego świata sesji naukowych, różańców i podań na Yale. Są obce, niebezpieczne, złe. Powinnam odejść. Powinnam zbiec z powrotem na dół i udawać, że nic nie słyszałam.
Zamiast tego moje serce dudni w piersi, gdy odsuwam się od krawędzi. Stopy ruszają bez mojej woli, przyciągane przez coś mrocznego i magnetycznego, czego nie rozumiem, ale nie potrafię się oprzeć. Skradam się w stronę zacienionego kąta za klimatyzatorami, każdy krok oddala mnie od wszystkiego, co myślałam, że o sobie wiem.

Virgin 4 Life
30 Rozdziały
30
Treść

Zapisz

My Passion
Copyright © 2026 Passion
XOLY LIMITED, 400 S. 4th Street, Suite 500, Las Vegas, NV 89101