

Opis
Dlugi mojego brata wpedzily go w klopoty z niebezpiecznymi ludzmi i sprawily, ze bylam zdesperowana do tego stopnia, ze wystawilam swoja dziewictwo na aukcje w internecie. Tak, wiem jak to brzmi, ale trzydziesci siedem tysiecy dolarow nie rosnie na drzewach. Praca jako asystentka w Cadence Records powinna byc prosta - poza tym, ze jestem kompletnie zafascynowana moimi trzema niewiarygodnie przystojnymi szefami. Problem? Oni tez zaczynaja zwracac na mnie uwage, a ich zainteresowanie sprawia, ze wszystko staje sie nieskonczenie bardziej skomplikowane. Skradzione spojrzenia podczas spotkan, przedluzajace sie musniecia przy przekazywaniu dokumentow i tyle napiecia seksualnego, ze mogloby zasilic caly budynek. I wlasnie wtedy, gdy wydaje mi sie, ze uda mi sie oddzielic moje chaotyczne zycie osobiste od pracy, wszystko wybucha. Goracy reverse harem, w ktorym jedna kobieta odkrywa, ze z bracmi Blackwood nie musi wybierac tylko jednego.
Rozdział 1
May 21, 2026
[Perspektywa Jasmine]
"Harlow!" Głos mojego menadżera przeszył korytarz jak wystrzał, uciszając każdą rozmowę w zasięgu słuchu. Głowy się odwróciły. Nikt nie chciał przegapić przedstawienia.
Pomaszerował w moją stronę z płonącymi oczami i wcisnął mi telefon niemal pod nos. Na ekranie: e-mail, który wysłałam ledwie dwadzieścia minut temu.
"To jakiś żart? Powiedz mi, że to żart."
Gardło mi się zacisnęło, gdy przelatywałam wzrokiem po wiadomości. Tam był, błąd. Napisałam 10:30 zamiast 10:00. Pół godziny różnicy. Kurwa.
"To tylko drobna–" zaczęłam.
"Drobna co?" przerwał mi ostrym tonem. "Drobna wpadka dotycząca dyrektora C-level? Wiesz, co właśnie zrobiłaś z harmonogramem? Jezus, Jasmine, czy jesteś w ogóle w stanie wykonywać tę pracę, nie potykając się o własną niekompetencję?"
Te słowa uderzyły jak cios fizyczny. Wściekłość zwinęła się ciasno w mojej piersi, ale zmusiłam się do zachowania spokoju.
Tu nie chodziło o literówkę, tylko o przypomnienie mi o moim miejscu.
"Rozumiem pańskie obawy," odparłam, zachowując profesjonalnie neutralny ton mimo burzy wewnątrz mnie. "Biorę pełną odpowiedzialność i dopilnuję, by to się nie powtórzyło."
Wyciągnął gruby plik umów i wepchnął mi je w ręce. "Zanieś to do Sali Konferencyjnej A. Blackwoodowie czekają!"
Kiwnęłam sztywno głową i odeszłam, z policzkami płonącymi ze wstydu.
To nie był pierwszy raz, gdy ktoś próbował ustawić mnie na swoim miejscu w Cadence Records. Rzecz w tym, że jestem dobra w tym, co robię. Nawet wyjątkowa.
Poruszam się w tym chaosie, jakbym się w nim urodziła, żonglując harmonogramami, zarządzając producentami, dbając o porządek. Mam wyczulone ucho do muzyki i angażuję się w więcej projektów, niż ktokolwiek się domyśla, ale jestem niewidzialna w tych sprawach, które mają znaczenie.
Po prostu dziewczyna, która utrzymuje maszynę w ruchu.
Gdy tylko weszłam do Sali Konferencyjnej A, atmosfera się zmieniła. Trzech mężczyzn siedziało wokół absurdalnie drogiego stołu i od razu zrozumiałam, dlaczego mój menadżer był tak spięty, wręczając mi te umowy.
Liam Blackwood zasiadał na czele stołu z taką pewnością siebie, jakby był właścicielem budynku – i faktycznie nim był. Rękawy podwinięte na przedramionach, które mogłyby reklamować siłownię, wieczny kilkudniowy zarost sugerujący, że wolałby być wszędzie, tylko nie w sali konferencyjnej.
Gdy podniósł wzrok, jego zielone oczy miały ten rodzaj spojrzenia, które sprawia, że zastanawiasz się, czy nie widzi pod twoim służbowym uśmiechem każdej nieprzyzwoitej myśli, której nigdy nie wypowiesz na głos.
"Dzień dobry," wydusiłam, brzmiąc znacznie bardziej profesjonalnie, niż się czułam. "Mam umowy, o które prosiliście."
"Dziękuję," odparł Liam głębokim, aksamitnym głosem. "Połóż je tutaj."
Przechodzenie wokół stołu przypominało chodzenie po ruchomych piaskach. Każdy krok był świadomy, każdy oddech wyliczony.
Rozłożyłam kopie przed każdym z mężczyzn, a gdy palce Liama musnęły moje—mój mózg się zaciął: O cholera, on jest boski.
Asher Blackwood siedział po jego prawej stronie, a podczas gdy Liam był ledwo ujarzmionym chaosem, jego młodszy brat był uosobieniem wyrafinowanej kontroli.
Szef A&R, emanował władzą w perfekcyjnie skrojonym garniturze, ciemne włosy roztrzepane w stylu 'obudziłem się taki, ale tak naprawdę spędziłem dwadzieścia minut z pomadą', a linia szczęki tak ostra, że mogłaby rozciąć moją starannie zbudowaną profesjonalną postawę.
Jego usta wiecznie były w stanie prawie-grymasu, jakby wszyscy go irytowali.
"Czy jest coś jeszcze, o czym powinniśmy wiedzieć?" Jego głos był bardziej szorstki niż Liama, chropowaty i przydymiony, z nutą, która wywoływała ciarki na moich plecach jak przewracające się domino.
"Standardowe warunki są wyróżnione na stronie trzeciej," odpowiedziałam, starając się ignorować, jak jego spojrzenie sprawiało, że czułam się zupełnie odsłonięta.
Jakby widział każdą fantazję, której nigdy nie wypowiem.
Był jeszcze Finn Blackwood, rozparty w fotelu z taką nonszalancką pewnością siebie, jakby nie napotkał jeszcze sytuacji, której nie potrafiłby oczarować, zmanipulować lub przelecieć.
Ich kuzyn, ale wpasowywał się w ich układ sił, jakby był do niego stworzony.
Rozczochrane włosy zachęcały do przebiegania po nich palcami, koszula rozpięta na tyle, by balansować na granicy przyzwoitości, i ten charakterystyczny uśmiech – taki, którym można by namówić zakonnice do wizyty w klubie ze striptizem.
Nie otrzymałam żadnej instrukcji, żeby wyjść, więc stałam tam jak idiotka, uwięziona w zawodowym czyśćcu, podczas gdy oni przeglądali dokumenty. Ale moje oczy zupełnie się uniezależniły, rejestrując każdy szczegół, mimo że każda racjonalna komórka mojego mózgu krzyczała, żebym patrzyła gdziekolwiek indziej.
To nie byli tylko moi szefowie—oni byli legendami w ludzkiej skórze. Potężni, odnoszący sukcesy, kompletnie poza moją ligą dwudziestopięcioletniej dziewicy pod każdym względem.
A jednak to nie powstrzymało mojego mózgu przed rzuceniem się na główkę w niebezpieczne, kompletnie nieodpowiednie rewiry.
Jak by to było wsunąć palce w włosy Ashera? Zepsuć tę kontrolowaną perfekcję? Czy straciłby tę wyrachowaną powściągliwość, gdybym nacisnęła odpowiednie guziki?
Ten facet, Liam—kurwa, czy ta surowa intensywność przełożyłaby się na inne sfery? Te dłonie na mojej skórze, ta ledwo powstrzymywana energia skupiona wyłącznie na tym, by mnie rozłożyć na łopatki?
A Finn... Jezu Chryste. Z tym leniwym uśmiechem i tymi przenikliwymi oczami, niemal słyszałam, jak szepcze rzeczy, od których podwijałyby mi się palce u stóp.
Byłam tak zagubiona w mentalnych akrobacjach na granicy pornografii, że nie zauważyłam, jak długo się już gapię—praktycznie pieprząc ich wzrokiem wszystkich naraz—dopóki Finn nie uniósł głowy.
Złapał mój wzrok z laserową precyzją, a ten znajomy błysk w jego oczach sugerował, że czyta każdą brudną myśl przemykającą mi przez głowę.
"Widzisz coś, co ci się podoba?" zapytał, a jego głos przeszedł w ton, który zupełnie ominął mój mózg i uderzył prosto w układ nerwowy.
Ten charakterystyczny uśmiech rozlał mu się po twarzy jak rozlany grzech, a zażenowanie zmyło mnie jak lodowata fala. Moja twarz zapłonęła czerwienią, szybko odwróciłam wzrok, mamrocząc coś niezrozumiałego o konieczności powrotu do pracy.
"Powinnam... te inne umowy..." wybełkotałam, cofając się w stronę drzwi jak sarna w świetle reflektorów.
Uciekłam z pokoju tak szybko, jak niosły mnie obcasy, serce waliło mi tak mocno, że byłam pewna, że to słyszą. Cholera, miałam być profesjonalna, a nie fantazjować o swoich szefach jak jakaś szkolna gówniara z zauroczeniem.
W kieszeni zabrzęczał mi telefon, przywracając do rzeczywistości. Na wyświetlaczu pojawiło się imię mojego młodszego brata.
"Leo?" odebrałam, wchodząc do pustego biura dla prywatności.
"Jas..." Jego głos drżał, ledwo powyżej szeptu. "Spieprzyłem. Naprawdę spieprzyłem."
Powietrze nagle uciekło mi z płuc. "Co masz na myśli? Co się stało?"
"Myślałem, że poradzę sobie sam, ale oni chcieli pieniądze natychmiast. Już nie czekają."
"Leo, zwolnij," powiedziałam, chwytając się krawędzi szafki na akta, żeby się nie przewrócić. "Jakie pieniądze? Kto chce pieniędzy?"
"Pożyczyłem je," powiedział, a jego głos się załamał. "Myślałem... że mogę pomóc... Ale teraz ci ludzie—"
"Ile?" wyszeptałam, bojąc się odpowiedzi.
"Trzydzieści siedem tysięcy dolarów."
Ta liczba uderzyła mnie jak fizyczny cios i osunęłam się na ścianę, kolana zrobiły mi się miękkie. "Leo, słuchaj mnie—"
"Harlow!" Ostry głos przeciął ciszę biura, sprawiając, że podskoczyłam.
Jedna ze starszych asystentek stała w drzwiach, ręce na biodrach, zniecierpliwiona mina na twarzy.
"Potrzebuję tych arkuszy kontaktów medialnych do projektu Morrison. Gdzie, kurwa, są?"
Patrząc z telefonu na kobietę, poczułam, jak panika ściska mi gardło.
Zamknęłam oczy, rozdarta między zawodowymi obowiązkami a przerażonym głosem brata po drugiej stronie linii. Ostatecznie zwyciężył instynkt przetrwania.
Teraz bardziej niż kiedykolwiek potrzebuję tej pracy.
"Leo," wyszeptałam gorączkowo do telefonu, "muszę iść. Porozmawiamy o tym w domu wieczorem, dobrze?"
"Ale Jas—"
"Wieczorem," powiedziałam stanowczo i rozłączyłam się, zanim mogłabym zmienić zdanie. Wsuwając telefon z powrotem do kieszeni, spojrzałam na asystentkę z wymuszonym uśmiechem. "Materiały do Morrisona są na moim biurku. Zaraz je pani przyniosę."
Kiedy wracałam do swojego stanowiska, nogi miałam jak z waty.
Wszystko wokół wyglądało tak samo—znany chaos biura, stosy papierów, oprawione zdjęcia laureatów Grammy na ścianach—ale wszystko wydawało się nagle kruche, jakby mogło zniknąć w każdej chwili.
Ręce trzęsły mi się, gdy sięgałam po umowy i po raz pierwszy w życiu zrozumiałam, co znaczy prawdziwa desperacja.
Gdzie, do cholery, znajdę trzy pieprzonedzieści siedem tysięcy dolarów?

Virgin Dot Com
300 Rozdziały
300
Treść

Zapisz

My Passion
Copyright © 2026 Passion
XOLY LIMITED, 400 S. 4th Street, Suite 500, Las Vegas, NV 89101