

Opis
W noc, gdy Ardena zostaje koronowana na Lune u boku Alphy Rhysa, zamaskowany intruz przerywa ceremonie-a jej wilczyca wyje: bratnia dusza. Schwytany buntownik Kieran twierdzi, ze Ironvale dokonalo masakry na jego plemieniu Bloodfang i ze Ardena jest ich skradzionym dzieckiem. Rozdarta miedzy obowiazkiem a wiezia, ktorej nie moze zaprzeczyc, Ardena uwalnia Kierana i ucieka na terytorium Nightshade, gdzie prawda, pierwsza przemiana i zakazana milosc rozpalaja plomien. Gdy bezwzgledny zastepca Rhysa, Ashrock, przeprowadza zamach stanu, ukryty dziennik ujawnia ludobojstwo, na ktorym zbudowano potege Ironvale. Ardena i Kieran jednocza sojusznikow, obalaja Ashrocka i odzyskuja ziemie Bloodfang. Gdy sprawiedliwosci staje sie zadosc, a dziecko jest w drodze, rozpoczynaja odbudowe pod nowym ksiezycem.
Rozdział 1
Feb 27, 2026
POV Ardeny
Główna sala płonie blaskiem ognia i złota. Każda pochodnia płonie, każda świeca migocze, rzucając cienie na kamienne ściany, które stoją tu od wieków. Stado Ironvale wypełnia przestrzeń, setki ciał ściśniętych razem, ich oczekiwanie gęste aż do posmakowania. Wojownicy ustawieni wzdłuż ścian w ceremonialnych zbrojach. Rodziny skupione z przodu. Starszyzna zajmuje podwyższone platformy, ich twarze wykute autorytetem.
Stoję przy ołtarzu obok Rhysa, dłonie splecione przed sobą, oddech spokojnie odmierzany. Tradycyjny biały płaszcz spływa z moich ramion, ciężki od haftowanego srebrną nicią wzoru. Luna. Zaraz zostanę Luną.
— Wyglądasz blado — mruczy Rhys, jego głos tak cichy, że tylko ja słyszę.
— Wszystko w porządku — odpowiadam, wymuszając stabilność w tonie.
— Nerwy?
— Może.
Odwraca lekko głowę, jego szare oczy odnajdują moje. — To normalne. Gdy tylko przysięgi zostaną złożone, poczujesz się inaczej. Więź wszystko ułoży.
Kiwnę głową, chociaż niepokój w piersi się zaciska. To nie jest dokładnie strach. Bardziej coś niedokończonego. Trenowałam do tego. Lata przygotowań, dyscypliny, lekcji przywództwa i polityki stada. Wiem, czego się ode mnie oczekuje. A jednak serce odmawia uspokojenia.
Starsza Maren podchodzi, jej poorana twarz poważna. Podnosi obie dłonie, a tłum cichnie. Rozpoczyna się śpiew — stare słowa w języku, którego większość już nie rozumie. Ale sens przenika przez sam ton. Jedność. Siła. Krew i kość.
Pierwszy mówi Rhys: — Ja, Rhys z plemienia Ironvale, Alfa Ironvale, biorę cię na Lunę. Wiążę się z tobą, by chronić, prowadzić i szanować.
Jego głos nie drży. Nigdy nie drżał. Urodził się do tego, wychowany, by stać właśnie tutaj. Zawsze to w nim podziwiałam — tę pewność.
Starsza Maren zwraca się do mnie, jej ciemne oczy wyczekujące. — Ardeno z plemienia Ironvale, wypowiedz swoje śluby.
Wciągam głęboko powietrze do płuc. — Ja, Ardena z plemienia Ironvale, biorę cię na mojego Alfę. Wiążę się z tobą, by służyć, stać u twego boku, szanować.
Słowa wychodzą z moich ust czysto. Bez wahania. Bez pęknięć. Doskonale, tak jak ćwiczyłam.
Starsza Maren bierze nasze dłonie, jej skóra pergaminowa i chłodna. Kładzie moją na dłoni Rhysa. — Na mocy Bogini Księżyca ogłaszam was Alfą i Luną. Niech wasze zjednoczenie przyniesie Ironvale dobrobyt.
W chwili, gdy nasze dłonie się stykają, coś przez mnie przepływa. Ostro. Dzikie. Żywe. Łapię oddech, moja wilczyca budzi się w pełni. Głos szepcze głęboko wewnątrz, czysty jak tłuczone szkło.
Bratnia dusza.
Ulgę czuję tak gwałtownie, że niemal uginają mi się kolana. W końcu. Więź została zawiązana. Cały ten niepokój, niezliczone noce zastanawiania się, czy jestem dla niego wystarczająca, czy Bogini pobłogosławi ten związek, czy naprawdę będę tym, czego Ironvale potrzebuje — to wszystko było na nic. Napięcie schodzi z moich ramion. Rozluźniam się, pozwalając sobie oddychać pełną piersią pierwszy raz od dni.
Wtedy drzwi eksplodują do środka.
Drewno pęka. Zawiasy zgrzytają. Dym wlewa się do sali gęstymi, szarymi falami, które pochłaniają najbliższe rzędy widzów. Rozlegają się wrzaski. Ciała cofają się w panice, napierając na siebie nawzajem. Dzieci zawodzą. Wojownicy wydają rozkazy, które giną w chaosie.
Przez mgłę kroczy postać. Zamaskowana. Czarna skóra i płyty z kości, kaptur rzucający głęboki cień na twarz. Porusza się z zamiarem, każdy krok wyważony, drapieżny. Dwóch strażników rzuca się na niego natychmiast, z bronią w dłoniach. Nie zwalnia. Porusza się jak woda, wymijając cios pierwszego, chwytając drugiego za nadgarstek i wykręcając go, aż kość trzaska z głośnym dźwiękiem. Obaj padają. Nie zabija ich. Po prostu unieszkodliwia brutalnie, lecz skutecznie.
— Co to ma znaczyć?! — ryczy Rhys, jego Alfa-komenda rozchodzi się falą czystej władzy.
Nikt nie odpowiada. Nikt nie może. Tłum rozpada się w całkowitym chaosie. Wilki częściowo się przemieniają, pazury wysuwają się, kły obnażone, oczy błyszczą złotem i bursztynem. Dzieci płaczą. Starszyzna wydaje rozkazy, które rozmywają się w bezsensownym hałasie.
Zamaskowany mężczyzna wchodzi na sam ołtarz, jego ruchy ostre i celowe. Jest wysoki, szczupły, ale umięśniony pod ciemnym ubraniem, a jego obecność przecina panikę jak nóż ciało.
— Nazywacie to jednością? — jego głos odbija się echem, zniekształcony i zimny. — Świętujecie, gdy inni gniją pod waszą władzą. Skuwacie się w złocie, gdy krew plami wasze dłonie.
— Schwytać go! — rozkazuje Rhys, ruszając naprzód, ciało napięte w opanowanym gniewie.
Więcej strażników zbliża się ze wszystkich stron. Mężczyzna sięga do płaszcza jednym płynnym ruchem i rzuca coś w powietrze. To wybucha białym dymem, oślepiająco i głośno, trzask sprawia, że w uszach mi dzwoni. Zasłaniam oczy, kaszląc, łzy zamazują mi wzrok.
Przez opary odwraca głowę.
Nasze spojrzenia się spotykają.
Czas pęka. Moja wilczyca krzyczy to słowo ponownie, głośniej, rozpaczliwie, panicznie.
Bratnia dusza.
Nie. To niemożliwe. Właśnie połączyłam się z Rhys'em. Czułam to. Więź się zawiązała, przysięgi wypowiedziane. Ale to, to jest inne. Silniejsze. Niepodważalne. Absolutne. Mój puls się potyka, oddech ucieka. Każdy nerw w ciele skupia się na nim, jakby łączyła nas niewidzialna nić.
Wśród chaosu on także nieruchomieje. Zupełnie bez ruchu. Nie widzę jego twarzy przez maskę i dym, ale czuję to. Rozpoznanie. Zrozumienie. To samo przyciąganie, to samo niemożliwe połączenie płonące między nami jak pożar.
— Ardeno! — Rhys chwyta mnie za ramię, jego uścisk mocny, podtrzymuje mnie, nim się przewrócę. — Nic ci nie jest?
Nie mogę odpowiedzieć. Nie mogę mówić. Nie mogę się ruszyć.
Zamaskowany mężczyzna przeskakuje z ołtarza na górny balkon jednym płynnym ruchem. Szkło rozpryskuje się, gdy przebija się przez okno i znika w noc poza salą.
Dym zaczyna się rozpraszać. Tłum zastyga, drżąc, zszokowany do milczenia. Dłoń Rhysa zaciska się na moim ramieniu, jego zmieszanie twardnieje w lodowaty, skupiony gniew.
— Co się właśnie stało? — pyta, jego głos niski i niebezpieczny.
Otwieram usta, ale nic nie wychodzi. Sala wiruje. Więź wciąż rozbrzmiewa w mojej piersi, drugie serce, które nie należy do mężczyzny stojącego obok mnie. Pulsuje z każdym oddechem, obce i natarczywe.
— Ardena — powtarza Rhys, jego głos ostrzy się jak stal o kamień. — Odpowiedz mi.
Ale nie mogę. Bo prawda formuje się w mojej głowie, straszna i nieubłagana.
Moją bratnią duszą nie jest Rhys.
Moja bratnia dusza właśnie zniszczyła nasz ślub.

Wrong Alpha, True Mate
30 Rozdziały
30
Treść

Zapisz

My Passion
Copyright © 2026 Passion
XOLY LIMITED, 400 S. 4th Street, Suite 500, Las Vegas, NV 89101