

Opis
Beatriz "Bea" Martinez nigdy nie spodziewala sie zdobyc pracy w wartym miliardy imperium mody-zwlaszcza nie jako asystentka Juliana Wolfe'a, jego lodowatego, irytujaco przystojnego prezesa. Ona to chodzacy chaos z urokiem osobistym i kolczykami w ksztalcie owocow; on to opanowanie, obsesja kontroli i garnitury szyte na miare. Od razu miedzy nimi iskrzy. Jednak pod warstwa sarkastycznych docinkow, kryzysow zawodowych o drugiej w nocy i jednego, bardzo nieprzemyslanego pocalunku rodzi sie cos o wiele bardziej skomplikowanego-cos, czego zadne z nich nie potrafi jeszcze nazwac. Gdy biurowa polityka, zazdrosc i bolesne prawdy groza zniszczeniem tego, co dopiero zaczelo sie rodzic, Bea musi zdecydowac, czy milosc jest warta ryzyka-czy moze niektorzy mezczyzni powinni na zawsze zostac nieprzeczytani i bez odpowiedzi.
Rozdział 1
May 22, 2025
Perspektywa Bei
Gdyby złamane serce miało przepis, moje właśnie gotowało się w popękanej misce rozgotowanego ramenu o smaku kurczaka, jedzonym na podłodze kawalerki wielkości pudełka po butach, która cuchnęła rozbitymi marzeniami i dymem z waniliowej świecy. Siedziałam po turecku na łuszczącym się linoleum, widelec kręcił się wśród rozmoczonych makaronów, które kleiły się do siebie, jakby nawet one nie mogły znieść myśli o samotności tej nocy.
Jedynym źródłem światła był mój laptop, rzucający blade, bezlitosne światło na pięćdziesiąte czwarte mailowe odrzucenie, migające na moim ekranie.
To bolało bardziej—było od butikowej agencji, o pracy w której kiedyś marzyłam, kiedy nadzieja nie była jeszcze luksusem.
„Nie jesteś odpowiednią osobą do naszego zespołu.”
Zdanie ubrane w profesjonalizm, ale potrafiłam czytać między wierszami: podobało im się moje CV—tylko nie ciało, do którego było przypisane. Gardło piekło mnie, gdy przełykałam kolejną łyżkę słonego bulionu, który dziś smakował jeszcze słoniej. Miałam dyplom. Trzy staże. CV w Canvie dopieszczone do perfekcji. Ale nic z tego nie miało znaczenia w momencie, gdy mnie zobaczyli.
Plus size sprzedawało się w teorii. W praktyce? Byłam za głośna. Za kolorowa. Zbyt miękka tam, gdzie chcieli ostrych krawędzi. Po prostu za duża.
Otarłam łzy, odkładając miskę na stary skrzynkowy pojemnik po mleku, który pełnił funkcję stolika kawowego. Nawet moje kanaliki łzowe były już zmęczone, jakby miały dość płakania za dziewczyną, której nigdy nie udało się przejść dalej. Czynsz miałam zapłacić za pięć dni. Na koncie ledwie dwadzieścia dziewięć dolarów. Gdyby mama się dowiedziała, zastawiłaby kolejny przedmiot, na który nie mogła sobie pozwolić. Nie pozwolę na to. Obiecałam jej—i sobie—że dam radę. Na własnych warunkach.
„Tylko jedno tak,” wyszeptałam w ciszę, opuszki palców unosząc nad klawiaturą, rozpaczliwie szukając kolejnego ogłoszenia, kolejnej szczeliny, przez którą mogłabym się prześlizgnąć, kolejnej firmy, której mogłabym rzucić swoje serce.
Wtedy to się stało—dźwięk, który roztrzaskał ciszę.
Brzęczenie.
Mój telefon.
Nieznany numer.
Prawie nie odebrałam. Pewnie kolejny spam albo robot oferujący mi fałszywą pożyczkę, na którą nawet nie mogłabym sobie pozwolić w snach. Ale coś… coś głęboko w moich trzewiach, tych samych, które ten świat już tyle razy skopał, wyszeptało: Odbierz.
„Halo?” odebrałam ostrożnie, poprawiając okulary na nosie.
„Czy rozmawiam z Beatriz Martinez?” zapytała kobieta. Jej głos brzmiał jasno, jakby nosiła garsonki z poduszkami na ramionach i nigdy nie brudziła ich jedzeniem.
„To Bea,” odpowiedziałam, już spodziewając się kolejnego uprzejmego nie.
„Z tej strony Chloe z Wolfe & Whitmore. Dział HR natrafił na twoje zgłoszenie. Możesz przyjść jutro o 9:00 na rozmowę?”
Przez trzy sekundy nie oddychałam. Wolfe & Whitmore? Czyli imperium mody i luksusu, które kontrolowało połowę branży? „Tak!” wychrypiałam, po czym odchrząknęłam i spróbowałam zabrzmieć, jakbym właśnie nie rozlała zupy na koszulę. „Tak, oczywiście, będę.”
„Przynieś wydrukowane CV. Strój biznesowy,” rzuciła przed rozłączeniem.
Rozmowa się skończyła, a ja zamarłam, wpatrując się w telefon. Potem wrzasnęłam w poduszkę tak głośno, że sąsiadka z góry zastukała w podłogę.
Prawie nie spałam. Połowę nocy prasowałam jedyne czarne spodnie na kant i szorowałam kwiatową marynarkę z lumpeksu sodą oczyszczoną. Nadal pachniała jak sklep z używaną odzieżą, ale wmawiałam sobie, że to jej dodaje charakteru. Nie miałam szpilek, które by nie skrzypiały, więc założyłam baleriny i liczyłam, że cytrynowe kolczyki sprawią, że wygląda to na zamierzone. Eyeliner miałam ostry, pewność siebie posklejaną taśmą klejącą, a CV wydrukowane na lekko zmiętym papierze, który znalazłam pod stertą rachunków. Spojrzałam w lustro i powtarzałam sobie, że tu pasuję—w kółko, aż prawie w to uwierzyłam. Wzięłam torbę i wyszłam, zanim zdążyłam się rozmyślić.
Siedziba Wolfe & Whitmore wyglądała jak miejsce, gdzie się płaci czynsz tylko za możliwość oddychania. Szklane drzwi były wyższe niż sufit w moim mieszkaniu, a lobby zrobione było z marmuru, złota i osądu. Wszystko w tej przestrzeni szeptało „nie pasujesz tu”. Weszłam mimo to. Recepcjonistka spojrzała na mnie i zamrugała, jakby byłam wyskakującym okienkiem, którego nie wiedziała jak zamknąć. Miała gładkie włosy, paznokcie jak szpony i strój kosztujący pewnie więcej niż mój laptop.
„Dzień dobry,” powiedziałam z nerwowym, lecz wyćwiczonym uśmiechem. „Jestem na rozmowie na stanowisko asystentki zarządu.”
Zmrużyła oczy, przesunęła wzrokiem od cytrynowych kolczyków, przez marynarkę, aż po buty, jakby chciała je spalić samym spojrzeniem.
„Nazwisko?”
„Beatriz Martinez.”
Wystukała coś na klawiaturze i nachyliła się do koleżanki obok, nawet nie próbując ściszyć głosu, szepcząc: „HR robi dziś sobie jaja?”
Policzki mi zapłonęły, ale nie pozwoliłam sobie na najmniejszy grymas. Wyprostowałam ramiona i powiedziałam trochę głośniej: „Tak. Jestem na rozmowie na asystentkę zarządu. Na dziewiątą.”
Przewróciła oczami i wskazała windę. „Ostatnie piętro. Ktoś cię tam odbierze.”
Podróż windą trwała jakby półtora roku. Moje odbicie w lustrzanych drzwiach wyglądało coraz bardziej zestresowane z każdym piętrem. Gdy drzwi się otworzyły, powietrze pachniało inaczej—pieniędzmi i eukaliptusem. Wszystko było gładkie, szklane, białe, beżowe. Czułam się jak w muzeum kuratorowanym przez minimalistów, którzy nienawidzą radości. Kobieta w dopasowanej sukience i ciasnym koku podeszła z clipboardem, nie obdarzając mnie nawet uśmiechem.
„Beatriz Martinez?” zapytała, nie podnosząc wzroku.
„Tak. Bea.”
„Proszę usiąść. Pan Wolfe kończy rozmowę.”
Skinęłam głową i usiadłam na krawędzi ławki wyglądającej jak dzieło sztuki nowoczesnej. Ściskałam teczkę i starałam się nie pocić. Próbowałam nie wyobrażać sobie jego—Juliana Wolfe'a. Dyrektora. Ikony. Bezwzględnego giganta mody, który jednym spojrzeniem potrafi zniszczyć karierę. Wydawało mi się, że nawet mnie nie zauważy. Pomyślałam, że uściśnie mi dłoń, powie dziękuję i pójdzie dalej.
A wtedy szklane drzwi biura otwarły się z hukiem, jakby ktoś je kopnął.
Wyszedł w błysku szarego garnituru i furii, z energią człowieka przyzwyczajonego do czyszczenia pomieszczeń samą swoją obecnością. Jego oczy przeskanowały przestrzeń z chirurgiczną precyzją—aż zawiesiły się na mnie. Zatrzymał się w pół kroku. Jego wyraz twarzy przeszedł od zdziwienia do obrzydzenia, jakby próbował pojąć, co tu robię i jak szybko mógłby mnie stąd usunąć. Jego spojrzenie prześlizgnęło się po moim stroju, sylwetce, kolczykach, całej mojej obecności, jakby obrażała marmurowe podłogi.
Całe biuro zamilkło. Patrzył na mnie tak, jakbym osobiście obraziła jego przodków.
A potem, nie mrugając, wypalił: „Co do cholery robi słoń w moim biurze?”

You Were Never Just My Boss
30 Rozdziały
30
Treść

Zapisz

My Passion
Copyright © 2026 Passion
XOLY LIMITED, 400 S. 4th Street, Suite 500, Las Vegas, NV 89101