

Opis
Ona slyszy w glowie jego glos. On ma jej slowa na ustach. Zadne z nich nie potrafi oddychac bez drugiego, a oboje klamia. Allison Calloway nie napisala ani slowa, odkad chlopak zniszczyl ja, gdy miala siedemnascie lat - ukradl jej poezje i marzenia, zamienil je w platynowe plyty, zostal gwiazda, podczas gdy ona stala sie niewidzialna. Teraz siedzi w jego autobusie koncertowym z tajnym kontraktem i stanowiskiem o nazwie "towarzyszka trzezwosci", choc jej prawdziwym zadaniem jest pisac dla niego piosenki, albo straci wszystko. Aiden Blackwell wie, ze jest oszustem. Nie wie tylko, ze dziewczyna nalewajaca mu kawe to dowod tego faktu. Jest okrutny i magnetyczny, a jednoczesnie rozpada sie na oczach wszystkich, ukrywajac whiskey w butelkach po wodzie i talent za arogancja. Kazda piosenka, ktora ona podsuwa mu pod drzwi, przyciaga go blizej prawdy, ktora moze go ocalic albo zniszczyc ich oboje. Wrogowie. Wspolpracownicy. Cos niebezpieczniejszego niz jedno czy drugie. I sekret, ktory tyka jak bomba miedzy kazda nuta, ktora razem spiewaja.
Rozdział 1
Mar 19, 2026
Perspektywa Allison
Osiem lat temu. Westridge Prep.
Proszę, niech mnie tu nie znajdzie.
Ławka za szopą do narzędzi miała pękniętą deskę i pachniała mokrą ściółką, a mimo to była jedynym miejscem w całej tej szkole, gdzie moje ramiona opadały z uszu. Piętnaście minut. Tyle miałam — przerwa między ostatnim dzwonkiem a późnym autobusem — i przez trzy tygodnie strzegłam tego miejsca jak dzikie zwierzę, które pilnuje jedynego kąta klatki, którego nikt inny nie chce.
Wyjęłam dziennik. Fioletowa okładka, zagięte rogi, grzbiet spięty gumką, która była już o jedno mocniejsze rozciągnięcie od całkowitego poddania się. Zrozumiałe. Pisałam tak, jak inni łapią oddech po wynurzeniu się spod wody — szybko, gwałtownie, z desperacją, żeby zdążyć przelać słowa na papier zanim się rozpuszczą.
Dziś był to wiersz. O ciszy. O byciu kimś, kto zajmuje tak mało miejsca, że nawet powietrze zapomina o jej istnieniu. O chłopaku, którego nigdy nie nazwę, a którego głos wypełnia każdy pokój i nie zostawia tlenu dla nikogo innego.
Długopis sunął, a świat skurczył się do rozmiarów kartki, i przez kilka minut nie byłam już stypendystką w używanym mundurku i córką matki pracującej na podwójnych zmianach. Byłam po prostu dziewczyną z głosem, a ten głos był dobry i należał do mnie.
Byłam w połowie wersu, gdy cień padł na kartkę.
"No proszę, tu jest."
Żołądek podszedł mi do gardła zanim jeszcze spojrzałam w górę. Znałam ten głos tak, jak ofiara zna dźwięk łamanej gałęzi. Aiden Blackwell stał w przejściu między żywopłotami, plecak przewieszony przez jedno ramię, ten półuśmiech, który nauczyłam się odczytywać jako syrenę alarmową. Za nim: Carter z wiecznym kpiącym wyrazem twarzy. Jay, który śmiał się ze wszystkiego, co mówił Aiden, jak tresowana foka.
"Notatnikowa Dziewczyna ma swój sekretny azyl." Przeszedł przez prześwit, rozejrzał się — złamana ławka, zardzewiała szopa, chwasty — i na jego twarzy pojawił się wyraz, którego nienawidziłam najbardziej. Nie złość. Rozbawienie. Jakby całe moje istnienie było przedstawieniem dla jego zabawy. "To jest żałosne, Calloway. Nawet jak na ciebie."
Zamknęłam dziennik. Przycisnęłam go do piersi. Nic nie powiedziałam. Nauczyłam się, że słowa są amunicją, której nie mogę mu podarować.
Carter opadł na ławkę obok mnie — za blisko, celowo, jego udo przyciskało się do mojego. Odsunęłam się. On przesunął się razem ze mną. "Eee, nie bądź taka niemiła," powiedział Carter. "Chcieliśmy tylko się powłóczyć."
Aiden został stojąc, patrząc na mnie z góry, i przez ułamek sekundy coś przemknęło mu po twarzy — w innym świetle mogłabym to pomylić z rozpoznaniem. Jakby mnie widział — dziewczynę z tego samego autobusu, z tej samej części miasta, której buty trzymały się na tym samym uporze, co jego.
Kiedy przyszedł trzy lata temu, myślałam, że możemy się zaprzyjaźnić — dwoje biednych dzieci pośród ludzi, których rodzice nadawali jachtom swoje imiona. Zamiast tego znalazł bogatych, pożyczył od nich okrucieństwo i uczynił mnie lustrem, które nieustannie rozbijał.
Ten błysk utonął pod czymś, co w nim żyło i zamieniało rozpoznanie w okrucieństwo.
"Co piszesz?" Wyciągnął rękę. "Pokaż."
"Nie."
"Nie?" Przechylił głowę. "No dalej, Calloway. Dzielenie się to troska. Nie tego uczą w twoich szkołach?"
Jay parsknął. Moje palce zacisnęły się na grzbiecie dziennika, aż gumka wbiła się w kostki.
Ręka Cartera zacisnęła się wokół mojego nadgarstka — nie na tyle mocno, żeby zrobić siniaka, ale wystarczająco, by unieruchomić — i w tej jednej chwili, gdy rozwarły mi się ramiona, Aiden zabrał dziennik. Czysto. Szybko.
Rzuciłam się, ale Jay stanął pomiędzy nami, a Aiden był już trzy kroki dalej, przekartkowując strony jakby przeglądał magazyn.
"Oddaj." Mój głos zadrżał i znienawidziłam to drżenie, znienawidziłam, że je usłyszał. "Aiden, oddaj. Proszę."
To "proszę" było błędem. Wiedziałam o tym w chwili, gdy padło. Aiden je usłyszał i coś w nim — ta część, która była okrutna, która nie umiała patrzeć na wrażliwość bez sprawdzania, jak bardzo można ją nagiąć — złapała się tego. Jego postawa się zmieniła, ramiona się wyprostowały, podbródek uniósł. Widzów było tylko dwóch, ale tyle mu wystarczało.
Otworzył dziennik mniej więcej w połowie. Wiedziałam, który wiersz. W zeszły wtorek, ta sama ławka. O samotności. O pragnieniu. O chłopaku, którego śmiech brzmi jak przeciwieństwo ciszy i co znaczy kochać kogoś, kto nawet nie zna twojego imienia.
Przeczytał go na głos. Robił głosy. Pauzował dla efektu dramatycznego. Przyłożył rękę do serca przy fragmencie o pragnieniu i Carter zgiął się wpół, a Jay śmiał się tak, że musiał podeprzeć się o ścianę szopy.
"I trzymałabym jego ciszę jak dar," czytał Aiden, głosem wysokim, kpiącym, "bo nawet jego milczenie jest głośniejsze niż moje—"
"Przestań." Słowo wyszło płaskie. Martwe.
Nie przestał. Zakończył zwrotkę ukłonem — prawdziwym ukłonem, z ręką zataczającą łuk — a moje gardło zacisnęło się tak mocno, że nie mogłam już nic powiedzieć, nawet gdybym chciała. On występował. Zawsze występował. Cały świat był sceną, a właśnie teraz moje krwawiące serce dostawało owację na stojąco od dwóch chłopaków, którzy nigdy nie napisali choćby jednego szczerego zdania w życiu.
Nie ruszyłam się. Twarz mi zesztywniała. Ściana bez niczego. Tkwiłam nieruchomo, podczas gdy chłopak z mojego autobusu czytał moją duszę na głos i się śmiał.
Gdy skończył, spojrzał na mnie znad dziennika. Uśmiech wciąż tam był, ale za jego oczami — coś, co przez następne dziesięć lat będzie próbował utopić — przemknęło. Patrzyłam mu prosto w oczy. Nie mrugnęłam. Szczęka bolała mnie od zaciskania, ale nie dałam mu już nic więcej ponad to, co już zabrał.
Rzucił dziennik w ziemię między nami. Sięgnęłam po niego — odruch, wszystko, co kiedykolwiek napisałam szczerze leżało w ściółce — a jego but spadł na okładkę. Nie mocno. Od niechcenia. Jakby opierał stopę o schodek.
"Zostań przy sprzątaniu, Calloway. Poetyckie rzeczy ci nie wychodzą."
Z parkingu rozległ się klakson późnego autobusu. Dwa krótkie sygnały. Aiden spojrzał w tamtą stronę, potem znów na mnie. Jego stopa nie drgnęła.
"Lepiej biegnij, Notatnikowa Dziewczyno. To ostatni, prawda?"
Wiedział, że tak. Jeździł tą samą trasą. Wiedział dokładnie, co znaczy go przegapić — godzina marszu przez dzielnice bez latarni, albo telefon do mamy, żeby oderwała się od pracy i po mnie przyjechała.
"Zabierz nogę."
"Autobus odjeżdża, Calloway."
Klakson znów rozległ się na parkingu. Spojrzałam na dziennik pod jego butem, potem na parking. Chwyciłam plecak i pobiegłam — przez żywopłot, przez boisko, trampki chlupały po mokrej trawie — i zdążyłam do drzwi, gdy już się zamykały.
Wpadłam na siedzenie. Przycisnęłam czoło do szyby i autobus ruszył.
Odbiorę go jutro. Pierwsza. Zanim ktokolwiek tam dotrze.
Mama była w kuchni — wciąż w fartuchu z pracy, ręce szorstkie od dwunastu godzin składania czyjegoś prania. Spojrzała na mnie i znieruchomiała. Drewniana łyżka zastygła w pół ruchu.
"Co się stało?"
Usiadłam przy stole. Powiedziałam jej wystarczająco — nie wszystko, bo słowa wciąż miały jego głos — ale wystarczająco.
"Chcę się przenieść."
Nie powiedziała: walcz. Nie powiedziała: będzie lepiej. Przesunęła ręce przez stół i położyła swoje zgrubiałe dłonie na moich.
"To znajdziemy ci nową szkołę, kochanie." Jej uścisk się wzmocnił. "Nie dostaną twoich słów. Nie dostaną żadnej części ciebie."
Poszłam do pokoju. Plecami oparłam się o drzwi od szafy i gapiłam się w sufit, aż wszystko się rozmazało.
To koniec. Już nigdy go nie zobaczę. Zapomnę jego imię i głos i to, jak czytał moje słowa jakby były niczym, a pewnego dnia on też będzie niczym. Po prostu złym wspomnieniem, które z czasem zblaknie.
Następnego ranka wróciłam po dziennik. Ławka była. Ziemia była. Dziennika nie było.

You`re My Melody
30 Rozdziały
30
Treść

Zapisz

My Passion
Copyright © 2026 Passion
XOLY LIMITED, 400 S. 4th Street, Suite 500, Las Vegas, NV 89101